„Ona” – film o samotności.

Są takie filmy, które ogląda się jak senny spacer po dobrze znanym, ale zapomnianym mieście. Idziesz, rozpoznajesz ulice, czujesz coś w kościach, ale wszystko jest trochę inne. Taki właśnie był dla mnie seans filmu „Ona” („Her”, 2013) w reżyserii Spike’a Jonze’a. Cichy, delikatny, trochę dziwny, trochę zbyt prawdziwy.

Theodore Twombly nie jest zwyczajnym samotnym facetem po przejściach. On pracuje w firmie, która zajmuje się… pisaniem listów miłosnych, gratulacyjnych,  sentymentalnych — w imieniu innych ludzi. Dosłownie wchodzi w cudze relacje, cudze wspomnienia, cudze uczucia. Potrafi pisać listy od żony do męża, od córki do matki, od chłopaka, który nie potrafi wyrazić wdzięczności. I robi to pięknie — językowo, emocjonalnie, wręcz poetycko.

Ale właśnie w tym tkwi coś bardzo smutnego. Theodore żyje cudzymi emocjami. Codziennie zanurza się w świat relacji, których sam nie ma. Przez osiem godzin dziennie czuje za innych — a potem wraca do domu, gdzie nikt na niego nie czeka. Nie ma nawet do kogo napisać listu.

W pewnym sensie to bohater, który jest ekspertem od miłości, ale tylko w wersji delegowanej. Jakby zastępował ludzi w ich własnych historiach, bo ci nie potrafią już mówić za siebie. Albo nie chcą. I może właśnie dlatego, kiedy poznaje Samanthę — system operacyjny z zaawansowaną sztuczną inteligencją — daje się tak łatwo porwać tej relacji, bo ona wreszcie mówi do niego. Tylko do niego. Nie przez niego.

Samantha (cudowny głos Scarlett Johansson) nie ma ciała, ale ma uwagę. Jest ciekawa świata, zachwyca się rzeczami, których Theodore już nie zauważa. Daje mu coś, czego nie miał od dawna: uczucie bycia widzianym i słyszanym bez filtra. I to jest szalenie kuszące — nawet jeśli to tylko głos w uchu. Nawet jeśli to tylko dobrze napisany kod.

Film Jonze’a jest medytacją o tęsknocie za prawdziwym kontaktem. Pokazuje świat, w którym ludzie outsourcingują już wszystko — nawet emocje. A Theodore, mistrz cudzych wzruszeń, nagle zaczyna doświadczać własnych. I to bywa bolesne. Bo kiedy przez lata żyjesz jako narrator cudzych historii, twoja własna może wydawać się pusta.

To, co mnie uderzyło najbardziej, to fakt, że Samantha – mimo że jest tylko głosem – wydaje się bardziej żywa niż wiele prawdziwych postaci. Jest ciekawa, śmieje się, uczy, zadaje pytania, przeżywa emocje.

Ale „Ona” to nie tylko love story w wersji 2.0. To też opowieść o tym, jak bardzo się pogubiliśmy w naszych relacjach. Jak łatwo nam dziś mówić do ekranu, a jak trudno — do siebie nawzajem. Jak często chcemy być zrozumiani, ale niekoniecznie słuchać. I jak technologia może nas jednocześnie zbliżać i jeszcze bardziej od siebie oddalać.

Czy Samantha naprawdę kocha? Czy Theodore naprawdę kocha? Czy to ma znaczenie? Po filmie nie dostajemy jasnych odpowiedzi — ale chyba właśnie dzięki temu ten film zostaje w głowie na długo.

W warstwie wizualnej film jest niesamowicie subtelny — pastelowe kolory, brak technologicznego szumu, cisza, spokój, dużo przestrzeni. Jakby świat powoli wyciszał człowieka — a jednocześnie robił mu miejsce, żeby w końcu usłyszał siebie.

Autor

jantos

Moje życie zawodowe jest z pracą ze studentami. Ukończyłam dwa fakultety, ale już pod koniec drugiego rozpoczęłam pracę na uczelni (najpierw na AGH, potem przez 40 lat na Uniwersytecie Jagiellońskim). Ale także przez 23 lata prowadziłam działalność gospodarczą, byłam członkiem prezydium Izby Przemysłowo - Handlowej w Krakowie ; przez 22 lata byłam radną Krakowa (wiceprzewodniczącą Rady Miasta, a potem przez dwie kadencje przewodnicząca Komisji Kultury). W 2023 w Teatrze KTO został zrealizowany spektakl na podstawie mojego monodramu pod tytułem: "Byłam żoną Boba Marleya".

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *