Armenia. Chaczkary.

Armenia jest pierwszym państwem na świecie, które przyjęło chrześcijaństwo jako religię państwową – stało się to w 301 roku za panowania króla Tirydatesa III. Dominującym wyznaniem jest Ormiański Kościół Apostolski. Przez stulecia wiara chrześcijańska pomagała Ormianom zachować własną tradycję i język mimo licznych najazdów oraz okresów obcego panowania. Współcześnie zdecydowana większość mieszkańców Armenii należy do Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego, a klasztory, kościoły i chaczkary pozostają najważniejszymi symbolami religijnego i kulturowego dziedzictwa kraju.

Chaczkary: to charakterystyczne ormiańskie kamienne stele, na których centralnym motywem jest bogato zdobiony krzyż otoczony ornamentyką roślinną i geometryczną. Powstawały od IX wieku jako pomniki upamiętniające ważne wydarzenia, fundacje religijne lub osoby zmarłe, a jednocześnie stanowiły wyraz wiary i kunsztu rzemieślników. Wyróżniają się niezwykłą precyzją reliefu oraz różnorodnością kompozycji, dzięki czemu każda stela ma indywidualny charakter. Są one uznawane za jedno z najważniejszych osiągnięć sztuki ormiańskiej i cenny element dziedzictwa kulturowego Armenii.

Na cmentarzu w Noratus, największym zachowanym skupisku chaczkarów w Armenii, najstarsze kamienne stele pochodzą z IX–X wieku, choć większość zachowanych zabytków powstała między XII a XIV stuleciem – w okresie największego rozkwitu tej sztuki.

Byłam w Noratus. Niewiele osób tam trafia. Pusto, słychać tylko cykady (intensywny śpiew jest charakterystycznym elementem letniego krajobrazu Kaukazu.). A wokół kamienne chaczkary.

Takie obrazy zostają w pamięci.

Armenia. O kulturze.

W Erywaniu jest Muzeum Siergieja Paradżanowa przy ul. Siergieja Paradżanowa 15-16. Muzeum znajduje się kawałek od centrum, ale nie tak daleko, żeby nie można było dojść na piechotę.I było to jedno z tych miejsc, gdzie się zostaje i nie można wyjść. Miejsce poza czasem. Parę pokoi wypełnionych twórczością: asamblaże, kolaże, rysuneczki, wyklejanki, pomalowane krzesła, zdjęcia. I nagle tak, jakbyśmy się znaleźli we wspólnym pomieszczeniu, w którym przebywała Wisława Szymborska z Władysławem Hasiorem. Porównanie twórczości plastycznej Siergieja Paradżanowa i Władysława Hasiora ujawnia wiele zaskakujących podobieństw, mimo że artyści działali w różnych krajach i posługiwali się odmiennymi mediami. Obaj chętnie wykorzystywali przedmioty codziennego użytku, tworząc z nich asamblaże i kolaże o bogatej symbolice, w których zwykłe obiekty zyskiwały nowe, metaforyczne znaczenie. Paradżanow traktował swoje kolaże jako „skondensowane filmy” – pełne poetyckich odniesień do kultury Kaukazu, religii i mitologii – natomiast Hasior budował ekspresyjne kompozycje z przedmiotów znalezionych, nawiązujące do polskiej historii, ludowości i sacrum. Obu łączy przekonanie, że sztuka nie powinna jedynie przedstawiać rzeczywistości, lecz nadawać jej nowe znaczenia poprzez metaforę i poetycki język form.
Twórczość Siergieja Paradżanowa przez lata poddawana była cenzurze, a on sam represjom. Mimo kilkuletniego pobytu w łagrze (1973-1977), późniejszym kilkakrotnym pobytom w więzieniu, m.in. ze względu na jego biseksualność, oraz ograniczeniom wolności twórczej nie zrezygnował z pracy i stworzył unikatowy język na przecięciu surrealistycznych wizji, baśniowych narracji.
Dopiero po poznaniu jego twórczości poza-filmowej powinno się obejrzeć jego filmy. „Cienie zapomnianych przodków” nie jest dostępne (nie mogłam znaleźć w sieci), ale „Kwiat granatu” – jest. (cyt za W:”Szczególna estetyzacja barwnych zdjęć, pozbawiona niemal obowiązkowego wówczas elementu ideologicznego, rozsierdziła komunistyczne władze ZSRR do tego stopnia, że rozpowszechnianie filmu zostało zakazane aż do 1982 roku”).
Piszę oczywiście o własnym odbiorze. Filmy Parażdanowa odrzucają klasyczną narrację na rzecz poetyckich obrazów, symboli i inspiracji folklorem i sztuką sakralną. I zapewne jego niezależność artystyczna doprowadziła do konfliktu z władzami ZSRR, czego konsekwencją były represje i wieloletnie więzienie.
Dla mnie było to bardzo ważne spotkanie z kulturą Armenii.

Armenia 17-31 lipiec 2026

Wróciłam z dość długiego pobytu w Armenii: właściwie całą objechałam, bo to zbyt trudne nie jest: Armenia ma powierzchnię stanowiącą około 9,5% powierzchni Polski (jest wielkością zbliżona do województwa mazowieckiego, choć jest od niego nieco mniejsza). Jest krajem górzystym – około 90% jej terytorium leży powyżej 1000 m n.p.m., co wpływa na warunki życia, rolnictwo i rozwój infrastruktury. Najważniejszym wyzwaniem Armenii jest jej położenie geograficzne. Kraj nie ma dostępu do morza, a granice z Turcją i Azerbejdżanem pozostają zamknięte z powodów politycznych. W praktyce oznacza to, że handel zagraniczny opiera się głównie na połączeniach z Gruzją i Iranem. Taka sytuacja zwiększa koszty transportu i utrudnia rozwój eksportu.
Napiszę nieco o kulturze, historii, gospodarce, religii. Może Państwa zainteresuje: dzisiaj zachęta w postaci zdjęć niesamowitych miejsc.

A człowiek pomyśli:”dlaczego ja tego nie napisałam?”

Jakże przyjemnie jest zobaczyć świetnie zrobioną, świetnie wyreżyserowaną sztukę, z rewelacyjnymi aktorami i do tego napisaną przez Janusza Głowackiego. TVP zaprezentowała w poniedziałek „Cztery siostry” Janusza Głowackiego z 2003 roku. Jakąż przyjemnością było to zobaczyć. Cudeńko. Prapremiera „Czwartej siostry” odbyła się w Teatrze Polskim we Wrocławiu, a reżyserowała sztukę Agnieszka Glińska. Akcja utworu Głowackiego została umiejscowiona w Moskwie końca lat 90. Siostry Wiera, Tania i Katia żyją pod jednym dachem z pijącym na umór ojcem, sowieckim generałem. Na tle dokonujących się przemian ustrojowych, rynkowych, mentalnych ukazane są trzy zagubione młode kobiety, które próbują znaleźć swój sposób na przeżycie. Dla bohaterek Głowackiego wymarzonym miejscem na ziemi jest Nowy Jork. U Czechowa była Moskwa (Głowacki mówił, że utwór wyraźnie jest wersją czy literacką kontynuacją „Trzech sióstr”). Obsada niesamowita: trudno kogokolwiek pominąć, ponieważ każda rola jest mistrzowska).
Rok wystawienia sztuki to 2003, a w niej generał (grany przez Janusza Gajosa – no co tutaj można napisać) pyta „czy jest jakaś nadzieja, że będzie wojna”. Akulina Iwanowa – to Stanisława Celińska. Każde słowo, wpasowane w akcję, w sytuację, atmosfera melancholii, tak, jak bywa w sztukach Czechowa. Muzyka ..no nie mogę, nie powinnam pisać więcej (a chciałabym). Obejrzyjcie (bezpłatnie) na https://vod.tvp.pl/
CUDEŃKO ❤

Marks wciąż żywy.

W 2005 roku (sic !) w plebiscycie audycji In Our Time na antenie BBC Radio 4 słuchacze wybrali Karola Marksa największym filozofem wszech czasów (!!!!!!!)
Niemiecki myśliciel zdeklasował konkurencję, zdobywając blisko 28% z ponad 30 tysięcy oddanych głosów.
Głosowanie objęło 20 wybitnych myślicieli wyłonionych wcześniej przez publiczność.
Drugie miejsce zajął David Hume (12,67%), trzecie Ludwig Wittgenstein (6,8%), a dalej znaleźli się m.in. Friedrich Nietzsche, Platon, Immanuel Kant i Arystoteles.
Nie był to ranking ekspertów ani historyków filozofii. Był to plebiscyt popularności słuchaczy audycji radiowej. Traktowano go raczej jako sposób zainteresowania szerokiej publiczności filozofią niż próbę ustalenia obiektywnego kanonu.
Z perspektywy historii filozofii wynik jest więc ciekawym świadectwem nastrojów społecznych w 2005 roku, a nie rozstrzygnięciem pytania, kto był „największym filozofem wszech czasów”.
A mnie to martwi

Nagroda Szymborskiej

Przeczytałam, że 7% obywateli interesuje się teatrem, to ile poezją? Pisanie, że Kraków był dzisiaj zajęty poezją – to nieprawdziwe sformułowanie. A właśnie teraz odbywa się Festiwal Miłosza. Czytanie poezji. W południe, wieczorem, rano (chyba też). A poza tym nagroda poetycka Wisławy Szymborskiej. W czasach brutalizacji codziennego języka i obyczajów czytanie poezji jest jak skok do zimnej wody w największy upał. Otrzeźwia. Przywraca wrażliwość. Świetny wykład prof. Teresy Walas i werdykt jury: nagrodę Wisław Szymborskiej otrzymała Marlena Niemiec. Rzadko czytam poezje. Pochłonął mnie język filozofii i tak się zastanawiam: czym różnią się oba. Filozofia ufa przede wszystkim pojęciom. Chce, aby słowa były możliwie precyzyjne, by prowadziły do rozróżnień, argumentów, definicji. Gdy filozof pyta o wolność, próbuje odpowiedzieć: co to jest wolność? Jakie są jej warunki? Czy jest możliwa?

Poezja ufa obrazowi i rytmowi języka. Nie tyle definiuje wolność, ile pozwala ją przeżyć. Zamiast wyjaśnić, czym jest samotność, może pokazać pusty peron o świcie albo drzewo, z którego spadł ostatni liść. Sens rodzi się nie z definicji, lecz z doświadczenia czytelnika.

Filozofia dąży do tego, by ograniczać wieloznaczność. Poezja często ją pielęgnuje. To, co dla filozofa bywa wadą argumentu, dla poety może być największą siłą wiersza. No nie, nie do końca zdaje się być to trafne rozróżnienie. Kiedy próbowałam tłumaczyć tekst Martina Bubera z jego ksiązki „Ich und Du” – to był to język poezji. Ich und Du nie jest traktatem filozoficznym w klasycznym sensie. Nie znajdzie się tam ciągu definicji, twierdzeń i dowodów. Buber pisze krótkimi, rytmicznymi zdaniami, często posługuje się powtórzeniami, paradoksami, pauzami. Każde słowo jest ważone nie tylko pod względem znaczenia, ale także brzmienia. Dlatego tłumaczenie tej książki jest tak trudne. Buber był przekonany, że prawda o relacji nie daje się zamknąć w języku czysto pojęciowym. Trzeba byłoby zgłębić temat przenikania się języka poezji i filozofii. To tak na marginesie.

Wzruszająca wizyta chilijskiego poety  Raúla Zurita. To żyjąca legenda hiszpańskoamerykańskiej poezji. Autor ponad dwudziestu książek poetyckich, a także powieści, esejów i opowiadań. Nagrodę im. Wisławy Szymborskiej za najlepsze tłumaczenie tomu poetyckiego w 2026 roku otrzymali poeta Raúl Zurita oraz tłumaczka Marta Eloy Cichocka. Wyróżniono ich za tom „Zurita”, który ukazał się nakładem Wydawnictwa Lokator.

I jest to najprawdziwszy pomnik Wisławy Szymborskiej. Brawo. Oby wystarczyło organizatorom sił na kolejne edycje.

 

 

„Kozioł ofiarny” Rene Girarda

I stało się niedobrze: pozostała duża grupa ludzi, która wystawiła Olka Miszalskiego na prezydenta. I będzie dość trudno. I natychmiast pojawiła się w moim umyśle książka „Kozioł ofiarny” – Rene Girarda.  Stworzył on jedną z najbardziej wpływowych teorii dotyczących przemocy i mechanizmów społecznych — teorię „kozła ofiarnego”. Może i Państwo pamiętają. Kiedy wspólnota znajduje się na granicy chaosu, żeby odzyskać jedność, grupa wybiera osobę, którą obarcza winą za kryzys. Powstaje kozioł ofiarny. Społeczność jednoczy się przeciw niemu. Wyrzucenie, upokorzenie albo zniszczenie kozła ofiarnego chwilowo przywraca porządek. Dlatego mechanizm ten stale powraca w historii. I tak się stało. Już pierwsze komunikaty dzisiaj,ze strony partyjnej (a słuchałam posłanki z KO) pokazują, że „kozioł” źle się w ostatnim czasie komunikował ze społeczeństwem, itd., itd.  Większość została. I ona przysłuży się do tego, aby kozioł poniósł konsekwencje.

Tak sobie myślę, ponieważ w moim życiu poznałam dwa środowiska, że mechanizmy biznesu i polityki są zupełnie inne. W biznesie silna osobowość bywa ceniona, ponieważ: firma ma zwykle jasno określony cel, liczy się skuteczność i tempo decyzji, sukces można stosunkowo łatwo zmierzyć, właściciele czy akcjonariusze oczekują wzrostu i wyników. Dlatego lider typu Steve Jobs czy Elon Musk może być postrzegany jako ktoś, kto „pcha świat do przodu”, nawet jeśli jest trudny we współpracy. W polityce ważniejsza jest reprezentacja niż kompetencja. Partie często wybierają nie „najsilniejszych”, ale tych: którzy  nie są niezależni. Silna osobowość może zdominować własne środowisko polityczne, a wielu jest takich, którzy chcą zarządzać z tylnego siedzenia. Czasem więc „umiarkowana przeciętność” okazuje się politycznie bardziej trwała niż wybitność. Taka osoba może sama stać się „kozłem ofiarnym” Co teraz będzie w Krakowie? Prezydent, jeśli będzie wybrany spoza partii – musi „kupić” radnych, wykazać się lisim sprytem  (pozostawi ich w spółkach, da im zarobić tui ówdzie), jeśli będzie wybrany z KO – zostanie tak, jak było, a może jeszcze gorzej ponieważ grupa, póki co, uwierzy we  własną nietykalność. I znów, za jakiś czas, będę miała rozmowy: miałaś rację. A to za każdym razem jest tylko moja Schadenfreude (a tego nie lubię) 🙁

„Olewanie – słowo młodzieżowe.”

Zmiany w historii ludzkości następowały wtedy, kiedy ruszał tłum, ten poza elitami. Elity są zachowawcze: „niech będzie tak, jak jest, my mamy swoje miejsce blisko władzy.”

Wiele przełomów zaczynało się wtedy, gdy do działania wchodziły nie same elity intelektualne czy polityczne, lecz szerokie grupy społeczne — ludzie wcześniej pozbawieni głosu, wpływu albo nadziei na zmianę (sic!!)

Elity najczęściej  bywają zachowawcze, ponieważ mają coś do stracenia: pozycję, bezpieczeństwo, dostęp do władzy, prestiż. Nawet jeśli dostrzegają kiepska sytuację w kręgach władzy,  wolą status quo.

Tak było podczas Rewolucji Francuskiej, gdy mieszczaństwo i lud Paryża wymusiły przemiany, których sama arystokracja (czytaj elita blisko władzy, bywalcy spotkań, przyjęć na dworze etc) nigdy by nie przeprowadziła. Podobnie w czasie Rewolucji 1917 roku w Imperium Rosyjskim etc, etc

Elity — polityczne, ekonomiczne, medialne czy religijne — posiadają narzędzia wpływu na sposób myślenia społeczeństw. Kontrolują język debaty, edukację, symbole, media, instytucje prestiżu. Dzięki temu mogą kształtować wyobrażenie o tym, co „normalne”, czy „rozsądne”, co „powinno zostać, bo dobrze jest tak, jak jest”. Każda sytuacja to walka o język opisu rzeczywistości: kto ma wpływ na media, ten ogłasza postprawdę i  zdobywa wpływ na zbiorową wyobraźnię.

Ludzie bardzo często nie analizują sytuacji samodzielnie nie dlatego, że „nie potrafią myśleć”, ale dlatego, że życie społeczne wymaga skrótów. Człowiek nieustannie funkcjonuje pod presją czasu, emocji, lęku, potrzeby przynależności (!!). W takich warunkach łatwiej zaufać gotowej interpretacji niż budować własną. W grupie jednostka traci część indywidualnego krytycyzmu, bo bezpieczeństwo daje jej poczucie wspólnoty, przynależności do tej, czy innej partii, grupy. Analiza wymaga energii, a sugestia daje natychmiastową odpowiedź; człowiek boi się wykluczenia; często woli zgodzić się z grupą niż ryzykować samotność w myśleniu (konformizm); jeśli coś słyszymy wielokrotnie, zaczyna wydawać się prawdziwe.

Dlatego też ludzie łatwo poddają się propagandzie czy medialnym narracjom — zwłaszcza wtedy, gdy elity produkują gotowe interpretacje rzeczywistości, a tłum otrzymuje nie fakty, lecz emocjonalne opowieści. Samodzielna analiza sytuacji wymaga bowiem odwagi intelektualnej.

No cóż dzisiaj piątek, jutro sobota, a potem niedziela. Samodzielne myślenie wymaga wysiłku.

A dlaczego tytuł wpisu dotyczy „olewania”? Ano bo się określenie pojawiło wśród elit, a moim zdaniem : nie powinno. Z szacunkiem do świata 🙂

Prawo suwerena. Referendum.

Pozwólcie Państwo, że zacznę w taki oto sposób: John Locke filozof XVIII wieku, piewca wolności człowieka napisał: „Być wolnym to dysponować i swobodnie, zgodnie z własnym sumieniem kierować własną osobą, działaniem, majątkiem, całą swą własnością z przyzwoleniem prawa, któremu się podlega, nie być więc poddanym czyjejś arbitralnej woli (!!!)  ale kierować się bez przeszkód własną wolą.”(!!!) I nieco więc będzie w niniejszej wypowiedzi o wolności człowieka, o tym, kim jest suweren i co należy do jego praw, a może i obowiązków.

Suweren (fr. souverain, najwyższy i ang. sovereign, suwerenny) – podmiot sprawujący niezależną władzę zwierzchnią.

Słowa „suwerenność” użył po raz pierwszy Jean Bodin w XVI wieku  a po nim, już nieco później Cardin Le Bret. Obaj pojmowali ją jako wyłączność monarchy do sprawowania władzy ustawodawczej i wykonawczej na terenie swego państwa. I dopiero Locke i jemu podobni zmienili sposób widzenia funkcjonowania i zarządzania Idea, że naród jest suwerenem, a nie monarcha, stała się jednym z najważniejszych odkryć politycznych epoki Oświecenia. Oznaczała radykalną zmianę myślenia o władzy. Wcześniej uważano, że król rządzi „z Bożej łaski”, a państwo jest właściwie jego własnością. Oświecenie podważyło ten porządek.

Od tego momentu zaczęła rozwijać się nowoczesna demokracja, konstytucjonalizm i prawa obywatelskie. Monarcha – jeśli nadal istniał – coraz częściej stawał się jedynie wykonawcą woli narodu, a nie absolutnym panem państwa. W filozofii polityki była to zmiana fundamentalna: z państwa króla do państwa obywateli. Tak więc w państwie nowoczesnym — od czasów Oświecenia — władza przestaje być „czyjąś własnością”. Nie należy już do monarchy ani do jednej klasy społecznej. Staje się przede wszystkim:mandatem powierzonym przez obywateli, służbą wobec wspólnoty, odpowiedzialnością za dobro publiczne.

W samorządzie widać to szczególnie wyraźnie. Władza samorządowa nie „panuje”, lecz:

  • zarządza sprawami lokalnej wspólnoty,
  • reprezentuje mieszkańców,
  • wykonuje ich wolę w sprawach codziennych: szkół, dróg, transportu, kultury, pomocy społecznej.

Dlatego prezydent, rada miasta nie są suwerenami. Suwerenem pozostają mieszkańcy jako wspólnota obywateli. Samorząd jest tylko formą wykonywania ich zbiorowej woli.

No i właśnie jesteśmy w tym oto momencie: część mieszkańców stwierdziła, że wynajęta przez nich grupa obywateli  do zarządzania ich pieniędzmi nie sprawdza się, i chcą ich zmienić. To jest wola suwerena. W demokracji samorządowej referendum jest jednym z najważniejszych narzędzi kontroli władzy przez obywateli. Wynika właśnie z zasady, że suwerenem jest naród (lub lokalna wspólnota mieszkańców), a nie osoba sprawująca urząd.

Jeżeli mieszkańcy uznają, że: prezydent miasta, rada gminy utracili zaufanie społeczne, mogą domagać się referendum odwoławczego. To bardzo ważna idea nowoczesnej demokracji: władza jest powierzona czasowo i podlega ocenie obywateli.

Referendum pokazuje, że mandat władzy nie jest dany raz na zawsze. Obywatele nie są poddanymi, lecz uczestnikami życia publicznego. Mogą nie tylko wybierać władzę, ale także ją odwoływać. To konsekwencja myśli oświeceniowej i demokratycznej:

  • władza ma charakter służebny,
  • musi liczyć się z opinią wspólnoty,
  • ponosi odpowiedzialność polityczną przed obywatelami.

Dlatego referendum bywa nazywane jedną z form demokracji bezpośredniej — momentem, w którym suweren (mieszkańcy) sam zabiera głos, bez pośredników.

I oczywiście jedni mogą być za odwołaniem władz, inni za pozostawieniem. W demokracji istnieje przecież wolność politycznej strategii i wypowiedzi. Niektóre grupy nawołują do bojkotu referendum, licząc np. na nieosiągnięcie progu frekwencji. Formalnie mieści się to zazwyczaj w granicach prawa demokratycznego, choć wielu filozofów polityki uważa, że osłabia kulturę obywatelską i poczucie odpowiedzialności za wspólnotę. Dlatego udział w referendum — niezależnie od poglądów — bywa traktowany jako wyraz troski o wspólnotę polityczną. Nawet głos „przeciw” wzmacnia samą zasadę uczestnictwa obywateli w sprawowaniu suwerenności.

Pojawia się tu pewne napięcie: z jednej strony zachęca się obywateli do aktywności, współdecydowania i odpowiedzialności za wspólnotę — np. przy Budżecie Obywatelskim czy konsultacjach społecznych — a z drugiej strony, w sytuacji referendum odwoławczego, część środowisk politycznych apeluje o bierność.

W oczach wielu obywateli wygląda to jak instrumentalne traktowanie demokracji:

  • aktywność obywatelska jest ceniona wtedy, gdy sprzyja utrzymaniu władzy,
  • a zniechęcana wtedy, gdy może tej władzy zagrozić.

Z perspektywy filozofii demokracji można więc bronić tezy, że: uczestnictwo obywateli powinno być wartością samą w sobie, niezależnie od politycznego interesu.

W tym sensie konsekwentna postawa demokratyczna polegałaby na zachęcaniu do udziału:

  • w wyborach,
  • referendach,
  • Budżecie Obywatelskim
  • konsultacjach społecznych,nawet jeśli wynik może być dla rządzących niekorzystny.

Tak rozumiana demokracja nie opiera się jedynie na procedurach, lecz także na zaufaniu do obywateli jako rzeczywistych współgospodarzy wspólnoty.

 

 

 

 

Unieś Ręce W Górę: Głosowanie, Wolontariat Ilustracji ...

Zatrzymać artystów w Krakowie. Czy miasto naprawdę tego chce?

 

 

Kraków od wieków uchodził za stolicę polskiej kultury, a jego artystyczne dziedzictwo – od Jana Matejki po Tadeusza Kantora – stanowiło powód do dumy. I wciąż mamy tu wszystko: renomowane uczelnie artystyczne, zdolnych młodych twórców, piękne przestrzenie, które aż się proszą o dialog ze sztuką. A jednak coś nie działa. Coś się zacina na linii: artysta–uczelnia–miasto.

Problem nie tkwi w braku talentów. Każdego roku Akademia Sztuk Pięknych, Akademia Muzyczna, Akademia Sztuk Teatralnych czy Wydział Intermediów krakowskiej ASP wypuszczają w świat dziesiątki młodych artystów. Problem w tym, że większość z nich ten świat widzi gdzie indziej – przede wszystkim w Warszawie. To tam przeprowadzają się zaraz po dyplomie. To tam szukają szans, kontaktów, mecenatu, sieci instytucji otwartych na młody głos. Dlaczego nie w Krakowie?

Kraków, niestety, nie zadaje sobie trudu, by tych ludzi zatrzymać. Miasto nie prowadzi konsekwentnej polityki współpracy z uczelniami artystycznymi. Brakuje programów rezydencyjnych, elastycznych przestrzeni do działań twórczych, realnego dialogu z młodymi artystami. A przecież uczelnie to nie tylko instytucje edukacyjne – to środowiska, które kształtują puls kulturalny miasta. Jeśli ten puls nie zostanie wychwycony, jeśli młodzi nie poczują, że miasto z nimi rozmawia, to nie będą chcieli tu zostać.

We Wrocławiu w urzędzie miasta od lat działa specjalny referat ds. współpracy z uczelniami – i to działa. Tam rozumie się, że bez kontaktu z młodymi środowiskami akademickimi nie będzie żywej kultury. W Krakowie, po mojej interwencji, również utworzono taki referat – ale na razie pozostaje on bardziej papierową strukturą niż realnym partnerem. Może warto zapytać wprost Wrocław, jak to robią? Może warto uczyć się od tych, którym zależy?

Co można by zrobić? Podpisane zostało porozumienie pomiędzy uczelniami i miastem. No i co dalej? Może jakieś konkretne propozycje? Miło by było o tym usłyszeć. Może pora, aby powołać wspólne zespoły uczelni i miasta ds. projektów kulturalnych, stworzyć program „Zostań w Krakowie”, oferujący młodym artystom nie tylko granty, ale też wsparcie instytucjonalne, dostęp do przestrzeni wystawienniczych i promocyjnych. Miasto mogłoby stać się partnerem w ich debiutach – nie sponsorem, ale partnerem, który daje platformę i słucha.

To nie jest tylko sprawa prestiżu. To także inwestycja w przyszłość miasta. Jeśli twórcy, którzy tu się kształcą, nie będą widzieli dla siebie miejsca w Krakowie, to z czasem Kraków przestanie być miastem twórców. A bez nich – kultura przestanie być żywa.

Czy Kraków chce być jedynie muzeum samego siebie? Czy ma odwagę zaprosić młodych do współtworzenia miasta? Pytanie nie tylko do artystów, dla władz uczelni –  ale do urzędników.

Kultura nie dzieje się sama. Potrzebuje zaufania, otwartości i zaproszenia do współpracy. Kraków wciąż może być miastem twórców – jeśli naprawdę tego chce.