Długi polityczne trzeba spłacać.

Zastanawiałam się dość długo nad sensem niniejszego wpisu. Martwię się o to, co się dzieje w mieście, bo przecież 22 lat intensywnej aktywności w samorządzie nie da się z dnia na dzień odstawić. I towarzyszy troska. Na pewno zostaje zainteresowanie i troska.

Tak więc o czym dzisiaj?

W korporacjach robi się niekiedy tak, że czyni się szefami firm ludzi spoza środowiska i to, jak twierdzą spece od zarządzania –  się sprawdza. Podstawą jednak jest, że owi nowi szefowie znają się na rzeczy, przechodzą z innych firm, wykonywali podobne zadania etc. Śmiem twierdzić, że żadna porządna firma nie zatrudniłaby kogokolwiek, kto nie zna się na sprawie (chyba, że firma samobójcza).

Tak więc przechodzę do moich uwag . Sprawa dotyczy dwóch aspektów: po pierwsze spłacanie długów politycznych. Długi powstają w wyniku zobowiązań wynikłych między innymi ze wsparcia finansowego. Można wpłacać pieniądze na konto wyborcze.  Można także popierać kandydata ulotkami, spotami (co oczywiście tez się wiąże z pieniędzmi) lub wygłaszanymi tezami, indoktrynacją rozbudowaną, jak się tylko da (budowaniem strachu, szantażem społecznym, hejtowaniem konkurencji etc). Potem przychodzi czas na spłaty. Różnie to może wyglądać ze względu na oczekiwania. Piszę o tym z takiego samego poziomu, jaki mają wszyscy inni obywatele – ponieważ nigdy nie byłam  dłużnikiem, więc jest to teoria, a nie doświadczenie.

Przechodzę dalej: co nieco o krakowskiej edukacji. Edukacja jest największym beneficjentem budżetu Krakowa. Ostatni rok to budżet  8 miliardów złotych od podatników (edukacja to prawie 30% budżetu) W roku szkolnym 2022-23 gmina prowadziła 427 szkół i placówek samorządowych.  W samorządowych szkołach i przedszkolach było prawie 105 tysięcy dzieci, uczniów ( w tym dużo osób z orzeczeniami).  Na koniec 2022 roku zarejestrowane były 674 placówki prowadzone przez osoby fizyczne i prawne inne, niż gmina Kraków (było tam prawie 54 tysiące osób). To także obywatele Ukrainy (a tam ponad 15 tysięcy dzieci).  To internaty, 15 szkół specjalnych, to grupa 13 tysięcy nauczycieli. Miasto, z własnych środków musiało, poza subwencją, dołożyć ponad miliard złotych. Edukacja to poza utrzymywaniem placówek prace inwestycyjne (budowa nowych obiektów, remonty itd.), to przychodnie specjalistyczne itd.

Edukacja to mnóstwo problemów . Zapewniam Państwa. Mnóstwo problemów i olbrzymia odpowiedzialność. To przede wszystkim wiedza i odpowiedzialność. I oczywiście konflikty, pieniądze, niedofinansowania etc.

Edukacja to najtrudniejszy obszar działania miasta. I nagle w mieście prawie milionowym zastępcą prezydenta zostaje kierowniczka referatu Biura ds. Współpracy Samorządowej i Repatriacji w Urzędzie Miasta Sopotu (2021–2024). Nie, nie proszę Państwa, nawet nie kierowniczka Wydziału Edukacji ze Sopotu. Jakie deklaracje na początek:” Jako lewicowa wiceprezydentka będę osobą, która chce łączyć, zapraszam wszystkie środowiska do współpracy. Wszystkie kobiety mają we mnie sojuszniczkę w samorządzie lokalnym.”

Patrzę sobie, patrzę, czytam. No cóż. Wersje są dwie: albo pani zastępca prezydenta, będzie bardzo krótko pełniła swoja rolę – dług spłacony (“przecież zrobiliśmy to, na co się umawialiśmy”), pani wpisze sobie do CV funkcję, albo, co jest smutniejszą konkluzją: pani będzie figurantką od podróży po mieście, a zarządzał będzie ktoś inny (specjalista od prawa oświatowego, znający sytuację edukacji Krakowa).

Nie piszę nic o problemach krakowskiego mieszkalnictwa, bo to wywód równie poważny i jeszcze dłuższy.

Tak, czy inaczej dość happeningowo to wygląda,  przerażająco i smutno.

Nie ma niezastąpionych.

Przy rozstaniach, przy odejściach z funkcji takich, czy innych – ciągle mamy nadzieję, że byliśmy, że jesteśmy niezastąpieni. A przecież tak nie jest. Niewielu to się w historii świata udało. Zresztą patrząc na poziom dzisiejszej wiedzy przeciętnego Polaka, ba, nawet inteligentnego Polaka – widać to „jak na dłoni”. Mało kto stara się pamiętać cokolwiek z czasów przeszłych. Zresztą świat się zmienia: to, co kiedyś było zaszczytem – teraz staje się wstydliwością, ale bywa i odwrotnie. Kiedy patrzę na przykład na zestaw nazwisk rajców miejskich w latach 1875-78 – to kogóż tam widzimy (oczywiście poza brakiem kobiet 😉 : Leon Halban_ profesor medycyny na UJ, Maciej Jakubowski – profesor medycyny, rektor UJ, Władysław Lisowski – adwokat, Stanisław Tarnowski – hrabia, dr filozofii, rektor UJ, Albert Mendelsburg- bankier, prezes Izby Przemysłowo-Handlowej. Maksymilian Zatorski- dr prawa, profesor UJ. To była rada miasta.

Za czasów prezydenta Juliusza Leo (dr prawa) byli też i tacy jak: Ignacy Daszyński, Odo Bujwid (bakteriolog, prof.UJ) , Stanisław Wyspiański, Mieczysław Sędzimir – dyrektor banku; Henryk Szatkowski dyrektor Towarzystwa Wzajemnych Ubezpieczeń; poza tym wielu prawników, właścicieli firm, profesorów uczelni.

Tak sobie przeglądając, nieco dalej w czasach 1916-1924 znów widzimy lekarzy, prawników, aptekarzy, majstra kowalskiego (Ignacego Grządziela), dyrektora miejskiej kasy chorych, dziennikarzy.

A czy dzisiaj  pamiętamy o prezydencie, dość interesującej osobie Mieczysławie Kaplickim – lekarzu dermatologu, który zreorganizował finanse miasta, prowadząc pomyślną politykę finansową ustępując ze stanowiska w 1939. Zostawiał Kraków z pokaźnymi kilkunastomilionowymi rezerwami finansowym. Tak było !!!

Potem socjalistyczna Polska. A potem nowe czasy: i ciekawe jest to, że już nie napisane są profesje, wykształcenie, umiejętności. I szkoda, bo zdaje się, że to ważne z kim mamy do czynienia. Widzimy, że zasadniczo zmienia się sytuacja. Nie ma już profesorów medycyny, prawa, dziennikarzy i przedsiębiorców. Kiedy pytałam, na spotkaniach z ludźmi biznesu dlaczego nie angażują się  w prace samorządu – odpowiadali ze znacznym rozbawieniem, że nie mają czasu na takie czynności. Odpuścili samorząd, a przecież tam powstają decyzje, które dotyczą ich przedsiębiorstw. Rady opanowali politolodzy, socjolodzy, niekiedy pojawi się prawnik. Przedsiębiorców już prawie nie ma, rektor uniwersytecki – ależ gdzie tam (!!). Tak więc, na naszych oczach i w tym obszarze – zainteresowania pracą w samorządzie – rola rad upada. Przestaje być chlubą, a staje się czymś do czego się garną …inni. No cóż.

Tempora mutantur et nos mutamur in illis.

“Umarł” król, niech żyje król.

Powracam do mojego bloga. Kiedyś pisywałam regularnie, potem zaczęłam dość intensywnie podpowiadać w pisemku „Krakow.pl” , co można zrobić w mieście, aby było ciekawiej, a potem mnie z pisemka wywalono, bo okazało się, że mogli tam pisywać wszyscy, a tylko ja to robiłam, więc, aby zmniejszyć popularność osoby – stwierdzono, że rada nie ma pieniędzy i moje zapiski kolejne przestano drukować. 🙂

Będę więc starała się, w sposób absolutnie niezależny od nikogo – recenzować, analizować to, co moim zdaniem zasługuje na uwagę w naszym ukochanym mieście, a o czym Państwo nie wiecie, bo za kulisy zagląda się rzadko.

Pył bitewny opadł, no może nie do końca, ale kiedyś opaść musi – więc z coraz większym luzem wracam do pytań, które mnie nurtują od paru tygodni.

Ustępujący prezydent Jacek Majchrowski – to zapewne jakiś rodzaj fenomenu. Tak uważałam i wielu tak myśli i do dzisiaj. Rozgrywający na paru frontach i osiągający cel. Taki lisek. W radiu i telewizji mówił, że kolejny prezydent nie powinien być partyjny, a w mediach pisanych – okazało się, że popiera ….partyjnego. Na zdjęciach opublikowanych dzisiaj na zaprzysiężeniu nowego prezydenta stoi Monika Chylaszek – pierwsza pretorianka prezydenta ustępującego. Obrazek z przesłaniem: Drodzy Państwo będzie, tak, jak było.

Czy było źle? No było, jak było. Miasto się rozwijało, bo budżet wciąż rósł i rósł, aż doszedł do wysokości ponad 8 miliardów złotych. Co prawda zadłużenie to 6 miliardów, ale co tam.

Budżet miasta, jak napisałam, to 8 miliardów – kupa kasy, trudno cokolwiek nie zrobić, bo przecież trzeba pieniądze wydać. Fenomen ustępującego prezydenta to doprowadzenie do tego, żeby było, tak, jak było. Chyba jednak stworzono  “kopię zapasową”, na wypadek, jakby przyszedł ktoś, kto tej kontynuacji nie zaakceptuje -ponieważ dyrektorska część załogi dostała przedłużenie zatrudnienia na długie lata.

No cóż: posłużyłabym się na koniec dzisiaj metaforą: kiedy wprowadzilibyśmy się do używanego przez 22 lata mieszkania, zapewne staralibyśmy przejrzeć zasoby, posprzątać, odświeżyć. Niestety tak się nie stanie. Pozostanie, tak jak było. Przejrzenie zasobów nie polega na sprzedaniu Lexusa (tak a propos działań pozornych, czy też populistycznych).

I oby nikt i nigdy nie próbował znieść kadencyjności organów wykonawczych (!!!). Dwie kadencje – to 10 lat. Mało i dużo zarazem. Ale nie więcej (!!)

Umarł król, niech żyje król.

Jacek Majchrowski odchodzi.

Wracam do spraw Krakowa. Prezydent miasta Jacek Majchrowski oświadczył, że już nie startuje do kolejnych wyborów samorządowych. Prezydent trwał na stanowisku 22 lata, wygrał pięć razy. „Nie zamierzam kandydować w najbliższych wyborach samorządowych” – poinformował urzędujący, piątą kadencję, prezydent. Właściwie wszyscy już wcześniej wiedzieli o decyzji prezydenta. Jacek Majchrowski jest najdłużej działającym prezydentem w historii Krakowa. Na pewno powstanie dużo ciekawych opracowań poświęconych sposobowi zarządzania miastem przez Majchrowskiego. Jest to zapewne fenomen. Prezydent przez wiele lat wykazywał się nieprzeciętną sprawnością, przede wszystkim, polityczną. Poza wszystkim innym utrafił w gusta Krakowian: profesor prawa, a przecież Kraków, jak żadne inne miasto w Polsce, ma mieć profesora – prezydenta, ba niezwykłego profesora, ale członka Trybunału Stanu,  znawcę II Rzeczypospolitej, dokumentującego jej historię, a szczególnie działalność ugrupowań prawicowych. Od 1989 r. kierował  stworzoną przez siebie Katedrą Historii Polskiej Myśli Politycznej. Przez 11 lat (od 2001 r.) był  sędzią Trybunału Stanu (w latach 2001-2005 zastępca przewodniczącego). Od 2002 r. członek Unii Metropolii Polskich, a od 2011r. wiceprezesem Związku Miast Polskich.

Człowiek nie tylko o sprycie politycznym, ale i biznesowym. Współzałożyciel Krakowskiej Akademii im. Frycza Modrzewskiego. Uczelnia została założona w roku 2000 przez Krakowskie Towarzystwo Edukacyjne sp. z o.o. uzyskując uprawnienia szkoły wyższej nadane przez Ministra Edukacji Narodowej i Sportu.  Prezydent przez cały czas istnienia Uczelni pobiera dywidendy.

A jak to jest z zarządzaniem miastem. Budżet miasta w roku 2002, kiedy Jacek Majchrowski zaczynał karierę prezydenta, wynosił nieco ponad miliard złotych, a  zadłużenie skumulowane budżetu wyniosło 843,3 mln zł. W latach 2005–2011 miasto Kraków otrzymało z Unii Europejskiej łącznie 425,08 mln zł, z czego na wydatki inwestycyjne przeznaczono aż 353,6 mln zł. Teraz, po 21 latach, budżet to wydatki miasta na poziomie 8 mld 558 mln zł  (dochody wynoszą ponad 7 mld 994 mln zł). Tak rosną kwoty, które miał do dyspozycji urząd miasta Krakowa. I te pieniądze, całkiem spore, muszą być wydawane na rozwój miasta, muszą, bo jakże inaczej. Dlatego też wciąż dziwią mnie zachwyty pod tytułem: „ileż zrobił prezydent dla Krakowa”.  Tutaj, nawiasem mówiąc, mieści się i inna sprawa: w tych zachwytach jest wyrażana podstawowa prawda: tu rządzi prezydent i urzędnicy, rola radnych jest naprawdę zmarginalizowana. Władza jest tam, gdzie jest kasa, a ona jest do dyspozycji urzędników (organu wykonawczego). My radni, budżet otrzymujemy od urzędników, a jeśli chcemy wprowadzić własne zadania, wynikające z naszych bezpośrednich kontaktów z mieszkańcami – to możemy to zrobić jedynie poprzez poprawki. Wtedy też słyszymy: „no jeśli pani/pana to zadanie jest ważne, to proszę znaleźć miejsce, z którego pani/pan zdejmie znajdujące się tam pieniądze”. Grzebiemy więc w tym budżecie samotni, bez wsparcia, niekiedy z wyrzutami sumienia, że coś komuś zabieramy, bo inaczej się nie da. Wrażliwość prezydenta i urzędników była dość ograniczona, a i niezwykle żenująca: trzeba było umówić się z prezydentem, aby wyprosić, wybłagać, zachodzić nie raz i nie dwa. Kiedy zaś projekt był dobry…stawał się przedmiotem chluby prezydenta, kiedy był kiepski stawał się winą radnej/radnego.

Odchodzi 77-letni prezydent po „królewskim”, czy „cesarskim” zarządzaniu miastem. Odchodzi też i dlatego, że sondaże wyraźnie pokazały, że już mieszkańcy by go nie chcieli. Jakie jest odejście prezydenta; powiedziałabym, że dość kiepskie. Nie wskazał przez lata, a mógłby: kontynuatora (lub kontynuatorkę)  swojej koncepcji urządzania Krakowa (a mam nadzieję, że taka koncepcja była, a nie tylko spontaniczność chwili). Nie jest to pożegnanie godne włodarza pięknego miasta. Nie wskazał następcy, ale krytykuje tych, którzy podjęli się trudu przejęcia po nim pracy. Ma świadomość, jak się zdaje, posiadania cudzych sumień, etyki, decyzyjności. Tej  „cesarskiej” władczość doświadczyłam, chociaż nigdy nie czułam się częścią dworu. I jest to dość przykre dla ludzi, którzy lubili , tak po ludzku, prezydenta. Smutne są obserwacje działań profesora uniwersytetu , którym zawładnęła małostkowość, jątrzenie. I przykre, bo zostawiając cokolwiek po sobie, trzeba pamiętać o elegancji odchodzenia. Atakuje wszystkich lub prawie wszystkich kandydatów. Czyni to w sposób  bezpardonowy, żenujący,  tak, jakby chciał podkreślić, że to on jest sumieniem miasta. A przecież nie jest. Potomni także, a może przede wszystkim,  to będą pamiętali.

Pozostawia po sobie mnóstwo przedłużonych umów z pracownikami z kadry zarządzającej, co zapewne będzie kłopotem dla nowego prezydenta, któremu, w ten oto sposób, „umeblowano” zarządzanie miastem. Mebluje urząd, chce być rozstrzygającym, stwarza pozory dbałości o przyszłość miasta (wielka szkoda, że nie pomyślał o kandydatce, kandydacie, swojej następczyni, następcy – wcześniej), a tak naprawdę wygląda, poprzez swoje komentarze, jak rozżalony starszy pan, który z trudem przyjmuje informacje o przemijaniu, o tym, że trzeba odejść, a zwłaszcza wtedy, kiedy po prostu już go nie chcą.

 

 

 

Wigilia 2023

Wróciło myślenie i radość wielka.  Przy 40 stopniowej gorączce świat się rozmywa i właściwie wszystko jest jedno. A przy tym boli każdy ruch. Ech, cóż opisywać, każdy lub prawie każdy pamięta. Grypa wigilijna. Tuz po wyborach chciałam napisać tekst o „szczęściu w polityce” – myślę, że takie pojęcie ma sens i zresztą pisał o tym już Georg Wilhelm Hegel (określając to w inny sposób). I oczywiście ten tekst powstanie. A wracając do mojej radości i z powrotu myślenia: ano było tak: poprosiłam rodzinę o zakup  testu na covida, grypę, etc, aby się zidentyfikować, określić, uspokoić innych. I rodzina kupiła i przyniosła. Czytam instrukcję raz, drugi, trzeci – a instrukcja długa i obszerna i nie rozumiem.  Jakoś z Heglem sobie radzę, a instrukcji nie rozumiem. Rodzina pomogła, tekst  zrobiono, covida (według testu) nie mam, ale grypę, jak najbardziej. Temperatura spadła i najprawdopodobniej teraz już bym zrozumiała instrukcję obsługi testów na covid.

Tak więc, od wielu lat w Wigilię, jak i w święta będziemy my i pies. W poprzednie lata było u nas 13-14 osób. Teraz jest cisza i spokój. Nie miotam się w kuchni przygotowując jutrzejszą kolację. I mam czas na refleksje wigilijne. Długość życia znacznie się wydłuża. Nasi rodzice, w czasie, kiedy byli  w naszym, teraźniejszym wieku byli traktowani przez nas, jak ci, których trzeba wyręczyć w wielu czynnościach. My jesteśmy traktowani przez nasze dzieci, jak nieco starsi kumple. Ok, jesteście chorzy – to wam pomożemy, ale jak już kolacja odwołana, to zmienimy plany i podrzucimy wam naszego psa. No, drugi pies nie zmieni zbyt wiele. Nie było jeszcze rozmów o Sylwestrze. Tutaj, przy tych negocjacjach opcja i argumentacja nieco się zmienią :  już nie jesteśmy nieco starszymi kumplami, ale starcami, którzy na zabawy sylwestrowe się nie wybierają, no bo jakże. Zresztą jeszcze parę dni do sylwestrowych przetargów. Zobaczymy w którą stronę tym razem popłyniemy. A może to nie fakt, że długość życia jest inna, że jesteśmy dłużej młodzi, że (o czym pisałam w mediach społecznościowych po obejrzeniu „My Wey” Krystyny Jandy) aktorka – ani raz nie wspomniała, że czas na emeryturę, na przekazanie władzy w teatrze – innym, a może to jest to, że zmienia się sposób pracy, życia. Wybitni propagatorzy liberalizmu nie przewidzieli korporacjonizmu, który, niestety, spowodował powrót sympatii socjalistyczno-komunistycznych. Temat oczywiście zasługuje na dłuższy wywód i zapewne do tego powrócę.

Dubaj: miasto przyszłości czy luksusowe, wesołe miasteczko.

Zwiedzamy sobie kraje arabskie. Po wyprawie do Jordanii zajrzeliśmy do Dubaju. Jordania – polecam wszystkim, którzy potrafią i lubią dużo chodzić. Dzisiaj będzie nieco o Dubaju. Zapowiadano nam, że będzie to wyprawa do miasta XXX wieku, miasta przyszłości. Byliśmy niedługo, takie zerknięcie na miejsce w przelocie, ale przecież  można uruchomić wyobraźnię.

Dubaj największe miasto w  Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Stolica  emiratu Dubaj położny na południowym wybrzeżu  Zatoki Perskiej. Zamieszkuje je ok. 3,55 mln ludzi..

Znaczący ośrodek turystyczny. W 2019 Dubaj odwiedziło 16,3 mln turystów, było to siódme najczęściej odwiedzane miasto świata.

Jak to się stało, że w dawnej wiosce rybackiej stoją dziś drapacze chmur, na sztucznych wyspach budowane są ekskluzywne apartamenty. Wielu wydaje się, że to złoża ropy naftowej stanowią podstawę funkcjonowania Dubaju. Złoża surowca na terenie Dubaju odkryto w 1966 roku. W przeciwieństwie do innych gospodarek w Zatoce Perskiej to nie ropa, Szanowni Państwo, stanowi źródło dobrobytu. Dziś ropa naftowa odpowiada za około 6 proc. PKB tego emiratu. Gałęzie gospodarki to handel zagraniczny, usługi finansowe i turystyka. Pierwsza z nich rozwijana jest w tym mieście już od połowy XIX wieku, gdy Dubaj był jeszcze wioską rybacką. Ponad połowa eksportu i re-eksportu Dubaju skoncentrowana jest na jednym towarze – złocie i biżuterii. Najważniejszym źródłem dochodu Dubaju jest handel i usługi, które są głównymi czynnikami napędzającymi gospodarkę miasta. Władze sfinansowały projekty dotyczące inteligentnego transportu, inteligentnego oświetlenia ulicznego, inteligentnych budynków i systemów monitorowania ruchu drogowego. Miasto stawia również na rozwiązania cyfrowe, takie jak platforma e-commerce, systemy płatności mobilnych i usługi chmurowe. Dubaj ma wielu inwestorów zagranicznych, którzy przyciągają nowe firmy i tworzą nowe miejsca pracy. Miasto oferuje atrakcyjne podatki dla firm, co pozwala im na rozpoczęcie działalności gospodarczej bez obaw o duże koszty. Historia: ano właśnie :odważne inwestowanie we wszystko (łącznie z zaciąganiem dużych pożyczek z Kataru). Ważną postacią był  wieloletni prezydent Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Chalifa ibn Zajid Al Nahajjan –  uznawany za prozachodniego przywódcę, doprowadził do dużego wzrostu gospodarczego kraju i zdywersyfikował gospodarkę opartą głównie na ropie naftowej. Pod koniec życia zawarł historyczne porozumienie z Izraelem.

Tak więc – miasto zarabia na handlu, bankach no i czymś, czego nie wiadomo, ale nie na ropie. Jak wygląda? Jest permanentnym placem budowy. Sześciopasmowe ulice, bez chodników, bo się nie chodzi tylko jeździ. Wypasione auta i całodobowe życie. Przeżyliśmy burzę, a rankiem okazało się, że owe sześciopasmowe ulice zamieniły się w baseny, rzeki. Ruch się zatrzymał. Dubaj przegrał z burzą. Gigantyczne wieżowce (w których wewnątrz po prostu jest brudno i śmierdzi) są, jak niektórzy mówią – w kiepskim stanie technicznym. Policjanci zarabiają miesięcznie 40 tysięcy dirhamów, a 16 tysięcy inżynierowie (1 dirham=1,09 zł). Takie miasto.

Zabetonowane, błyszczące miasto pozorów. Mistrzostwo konstruktorów i architektów (eksperci uważają, że 30% wszystkich światowych dźwigów znajduje się w Dubaju). Większość rzeczy są naj: najwyższy budynek, największa sztuczna wyspa, największe akwaria z największymi rybami,  etc. Wieżowiec Burdż Chalifa – budowa, rozpoczęta 21 września 2004, zakończyła się 16 sierpnia 2009. Wysokość 827,9 metrów. Budynek ma 163 piętra użytkowe. Koszt jego budowy wyniósł 1,5 miliarda. Na samą górę wjeżdża się windą w pół minuty (ja nie rozumiem, jak to jest możliwe, ale byłam i doświadczyłam). Historia związana z miejscem: pracownicy budujący Wieżę Chalify skarżyli się na niskie płace i złe warunki pracy. Według danych z prasy zarobek doświadczonego cieśli wynosił 7,60 USD dziennie, a pracownik niewykwalifikowany zarabiał 4 USD. Niektórzy pracodawcy zatrzymywali paszporty swoich pracowników do ukończenia budowy, a pensje były wypłacane z opóźnieniem. W marcu 2006 wybuchły ogromne zamieszki, a pracownicy zniszczyli samochody, biura i budynki w pobliżu budowy. Według urzędników szkody wyniosły około 20 milionów euro. Pracownicy następnego dnia zaczęli strajk i przyłączyli się do strajkujących robotników z dubajskiego lotniska, lecz po negocjacjach wrócili do pracy. No tak, a dzisiaj koszt kupienia apartamentu na wyższych kondygnacjach to około 120 milionów złotych.

Mówi się o kolejnych szalonych planach: zbudowania wokół Burdż – Dubai Circle poziomego budynku – pierścienia o średnicy 3 kilometrów, z podwieszonymi gondolami.

Dubaj ma aspiracje kulturalne, a jakże: mnóstwo muzeów (w tym jeden nazwany Luwr). Powstaje Dubai Cultural Village, który zakłada utworzenie muzeów, centrum do występów artystycznych, biblioteki, szkół artystycznych, księgarni oraz przestrzeni rekreacyjnych. Byliśmy na spektaklu „La Perle” stworzona przez legendarnego reżysera artystycznego Franco Dragone’a, Budynek został wybudowany właśnie po to, aby tam mogła zaistnieć „La Perle”.

Mogłabym pisać więcej i więcej, ale przecież można to przeczytać w przewodnikach, zobaczyć na zdjęciach.

Dubaj, miasto mężczyzn (75% mieszkańców Dubaju – to panowie), to jakby lustro, w którym oglądamy baśnie mądrej i pięknej Szeherezady. Świat latających dywanów, gigantycznych akwariów, wieżowców, autostrad, okropnych ogrodów kwiatowych (Dubai Miracle Garden). Świat, który może się śnić, ale też przywoływać dystopijne wizje takie, jakie podrzucił John Carpeter w filmie „Ucieczka z Nowego Jorku”. Nie wiem dlaczego, ale wyobraziłam sobie Dubaj, jako miasto opuszczone, gdzie pozostały koszmarne szkielety wieżowców, zalanych autostrad, wiaduktów, wciąż migających reklam i bez ludzi.

Dziwne sny ludzie mają, niekiedy prorocze. I są w moich snach, takie miejsca, do których chyba już nie chciałabym wrócić: między innymi to katedra w Mediolanie, Neapol i zdaje mi się, że i Dubaj.

Planeta Lem i problemy (moje).

Kiedy wejdziecie Państwo na stronę www.planetalem.pl przeczytacie tam, między innymi:[…] „Centrum Literatury i Języka Planeta Lem ma stać się ośrodkiem działań i programów o charakterze literackim realizowanych pod szyldem Kraków Miasto Literatury UNESCO przez KBF we współpracy z licznymi partnerami zewnętrznymi.”[…] a dalej:Powstanie Centrum Literatury i Języka Planeta Lem to wypełnienie najważniejszego zobowiązania Krakowa z aplikacji o przyjęcie do Sieci Miast Kreatywnych UNESCO. Realizację inwestycji poparły środowiska literackie Krakowa, w tym pisarze skupieni wokół Rady Honorowej Krakowa Miasta Literatury UNESCO, przedstawiciele Rady Języka Polskiego i koalicja polskich językoznawców reprezentowana przez Fundację na rzecz Muzeum Języka Polskiego, reprezentanci Miast Literatury UNESCO z całego świata, a także liczni goście krakowskich festiwali literackich.[..] Na powierzchni około 4 tysięcy metrów kwadratowych, oprócz wystawy „Centrum Literatury i Języka – Planeta Lem”, znajdą się także:  nowoczesna salę wielofunkcyjna z przeznaczeniem na organizowane w Krakowie wydarzenia literackie (na ok. 400 osób), przestrzeń na wystawy poświęcone literaturze i językowi, ogólnodostępna mediateka, pracownia multimedialna i kawiarnio-księgarnia oraz przestrzenie biurowe. Wokół obiektu zaplanowano tereny zielone. Koszt budowy ma wynieść około 105 milionów złotych. Ponadto będzie to centrum operacyjne dla programu Kraków Miasto Literatury UNESCO. W 2016 roku pisano, że koszt powstania Planety to 106 milionów, obecnie mówi się o 172. Zapewne, jak to było przy Centrum Muzyki (i o czym pisałam parokrotnie) są to wciąż koszty niedoszacowane.

Popierałam starania uzyskania przez Kraków  możliwość przestąpienia do Sieci Miast Kreatywnych UNESCO. W 2013 roku Kraków jako siódme miasto świata otrzymał tytuł Miasta Literatury UNESCO przyznawany przez Organizację Narodów Zjednoczonych do spraw Oświaty, Nauki i Kultury.

I naprawdę bardzo jestem wdzięczna tym osobom, które doprowadziły do finału. Jest to bardzo prestiżowe wyróżnienie dla Krakowa. I jak najbardziej oczywiste. Tutaj są festiwale literatury, targi książki i przede wszystkim stąd wywodzą się wybitni pisarze, poeci. Na stronie czytamy: „Planeta Lem ma stać się domem dla wszystkich wartościowych inicjatyw literackich w mieście, docelowo oddziałującym w skali ogólnokrajowej i międzynarodowej.”

Do chwili obecnej Planeta Lem kosztuje podatników ponad 7 milionów złotych. Otwarcie jest zaplanowane na przełom 2028/2029 roku. Realizacja inwestycji miała kosztować 172 mln złotych, ale już wiadomo, że budowa  będzie zapewne droższa.  Byłam świadkiem podpisania umowy pomiędzy (chyba już byłym) ministrem kultury prof. Piotrem Glińskim i prezydentem Krakowa prof.Jackiem Majchrowskim. Oczywiście wszyscy zakładamy i chcemy być tego pewni, że była to umowa nie pomiędzy  profesorami, ale pomiędzy ministerstwem, a prezydentem miasta i kontynuacja zobowiązań jest oczywista.  Powstanie instytucji będzie finansowane przez Ministerstwo Kultury, jak i przez Kraków (przepraszam: wciąż przypominam, że z pieniędzy podatników, bo tylko takie są). Ministerstwo, w osobie pana ministra  Glińskiego podjęło się finansowania funkcjonującej Planety Lem przez 10 lat.

Przed dylematami, które mi towarzyszą, chcę napisać, że czuję się odpowiedzialna za finanse miasta, ale także za stan kultury w Krakowie. Dzisiaj na sesji Rady Miasta przytoczyłam cytat z rozważań Fryderyka Bastiata, które powinny towarzyszyć każdej decyzji władz podjętych w imieniu mieszkańców. Bastiat napisał:” […]W sferze ekonomii każdy czyn, zwyczaj, instytucja, prawo pociąga za sobą nie jeden, lecz całą serię skutków. Niektóre z nich są natychmiastowe — te widać, inne pojawiają się stopniowo — tych nie widać. Można pozazdrościć tym, którzy potrafią je przewidywać. Między złym a dobrym ekonomistą istnieje tylko jedna różnica: pierwszy poprzestaje na skutku widocznym, drugi zaś bierze pod uwagę zarówno skutek, który widać, jak i skutki, które należy przewidzieć.

Ta różnica ma jednak ogromne znaczenie. Niemal zawsze bowiem zdarza się tak, że jeżeli skutek natychmiastowy jest korzystny, wówczas skutki późniejsze są szkodliwe, i vice versa. Dlatego też zły ekonomista troszczy się o niewielkie teraźniejsze korzyści, ryzykując wielkie straty w przyszłości, podczas gdy prawdziwy ekonomista dąży do wielkich korzyści w przyszłości, nawet jeżeli na początku naraża się na małe straty.”[..]

Ano właśnie: zakładam, że decydując o powstaniu Planety Lem – władze wykonawcze miasta widziały konsekwencje utrzymania Planety w przyszłości.

Przejdę do moich prywatnych dylematów:

1.dzisiaj przedstawiono nam radnym  konieczność kolejnego zadłużenia miasta o 220 milionów (brakuje więcej, ale już nie możemy się, w chwili obecnej,  starać o powiększenie długu). W roku 2023  zadłużenie miasta przekroczy 5,5 miliarda złotych. Mój udział w zgodzie na powiększanie zadłużenia stanowi dla mnie problem. A za tym powinnam, czy też nie powinnam głosować? Każda duża inwestycja wymaga dużych kosztów utrzymania. I oczywiście prowokuje pytanie o niezbędność i konieczność powstania tu i teraz. Kiedy zaciągam kolejne kredyty – to raczej nie po to, aby kupować luksusowego auta 😉

2.popierałam, bo jestem przekonana, potrzebę zbudowania Centrum Muzyki, ponieważ wstyd, że tego Kraków – miasto kultury nie ma. Argumentowałam wtedy, że w historii Krakowa rada miasta podjęła decyzję o zatrudnieniu Wita Stwosza i zapłaceniu mu olbrzymich pieniędzy. Ówczesna decyzja rady wyłączyła realizacje wiele doraźnych potrzeb, aby powstało genialne dzieło, które przetrwało i jest skarbem miasta. Nie rozumiem, co prawda do dzisiaj, dlaczego nie powstało Centrum Muzyki we współpracy z marszałkiem, a takie przecież były plany, ale to jakby inny temat. Centrum Muzyki powstaje i bardzo dobrze.

  1. w Składzie Solnym, od bardzo wielu lat – zagnieździli się krakowscy artyści, którzy mieli (a to jest ważne) podpisane umowy z urzędem miasta na wynajem. Płacili miastu za wynajem miejsc w zaniedbanym budynku, który usiłowali, w miarę możliwości, podtrzymywać w trwaniu. Zbudowano interesująca społeczność, bez zachęt i moderowania z zewnątrz: społeczność malarzy, muzyków, rzeźbiarzy, organizujących wystawy, happeningi, ale także akcje wspierania ubogich, przybyłych do nas Ukraińców etc. Takie społeczności powstałe spontanicznie są wartością docenianą w wielu miejscach na świecie. Wielu artystów dzisiaj mówiło, że są tam od kilku do kilkunastu lat. Wartością jest właśnie to, że są grupą wzajemnie się inspirującą, że powstali nie dlatego, że zaplanowali to urzędnicy miejscy, ale sami się zespolili w wartościową artystycznie grupę . I nie są „dzikimi lokatorami”. Dlatego też należy im, w imię szanowania krakowskiej kultury, pomóc. I to nie dlatego, że każdemu można wymówić najem, bo przecież można, ale stworzyli pewną całość, która jest właśnie wartością. A miasto nie ma zbyt wielu miejsc, w których artyści się zbierają i tworzą. Kiedyś takim miejscem oddanym artystom miało być Zabłocie i ja pamiętam dyskusje, kiedy to planowano. Potem powstały na Zabłociu nowoczesne bloki i marzenia o krakowskim Montmartre się skończyły.

KONKLUZJA:

  1. Nie przemawiają do mnie argumenty „jak już tyle wydaliśmy, to trzeba kontynuować” (patrz wyżej Bastiat pisał: […]zawsze bowiem zdarza się tak, że jeżeli skutek natychmiastowy jest korzystny, wówczas skutki późniejsze są szkodliwe, i vice versa.[..]) Trzeba widzieć nie tylko „teraz”, ale i konsekwencje.
  2. Nikt nie jest właścicielem miasta: ani prezydent, ani rada – działamy dlatego, że dysponujemy pieniędzmi podatników (za ich zgodą) i ich powinniśmy wysłuchiwać.
  3. Dialogu musimy się wszyscy uczyć, bo on jest podstawą wynegocjowanych racji (część oddajemy, a część zyskujemy).
  4. Wartością jest to, co powstaje wewnątrz społeczeństw, a nie to co jest zaprogramowane. Można coś komuś sugerować, ale związków, sympatii , współpracy nie da się wymusić. Trzeba szanować to, co powstało samoistnie, bo jest wartością, którą można zniszczyć, a potem się urzędniczymi uchwałami nie da się odbudować.
  5. Zarobki w sektorze kultury krakowskiej są żenujące. Ci najbardziej wartościowi – uciekają z urzędu, po krótkim czasie do innych miejsc. Zabiegam o to, aby zarobki w krakowskich instytucjach były godne. Teatry nieinstytucjonalne ledwo zipią – a tez trzeba o nie dbać.
  6. Jestem zmęczona po całym dniu intensywnej pracy i może argumentacja nie jest dopracowana, ale zarys tego, co myślę o sprawie – przedstawiłam. 😊

Jordania. Kraj pustyni i mężczyzn.


Zaplanowany wyjazd do Jordanii, ale przede wszystkim do Petry miałam od dawna. Parę razy przekładany i wreszcie, kiedy wyglądało, że to będzie najlepszy moment : ogłoszono datę wyborów. Oczywiście zarejestrowaliśmy się do komisji wyborczej w Ammanie. Ale nieco później wydarzyło się to, co stawiło pod znakiem zapytania nasz wyjazd. 7 października nastąpił atak Hamasu na Izrael.. Dzień ataku to był szabas i święto Sukkot. Atak zaczął się o 6.30 rano. Zaatakowano trzy duże bazy wojskowe przy granicy. Zabito żołnierzy należących do elitarnych jednostek specjalnych, takich jak Sajjeret Matkal. W bazach najprawdopodobniej było mniej żołnierzy, niż zwykle, bo z powodu święta część wojska przebywała na przepustkach. Między innymi zostało zabitych 260 młodych ludzi spośród 3 tysięcy, którzy uczestniczyli na muzycznym „festiwalu pokoju”, który miał miejsce 2 kilometry od granicy ze Strefą Gazy. W kibucu Kfar Aza zamordowano między innymi 40 dzieci..Izrael zmobilizował ponad 300 tys. rezerwistów i dyslokował znaczną część sił lądowych przy granicy z Gazą. 13 października wydał też mieszkańcom północnej części Strefy – przeszło 1 mln osób – polecenie opuszczenia tego obszaru w ciągu 24 godzin (mimo upływu terminu inwazja lądowa dotąd nie nastąpiła, co prawdopodobnie jest efektem nacisków międzynarodowych, aby dać ludności cywilnej więcej czasu na ewakuację) i przeniesienia się na południe (poniżej parku narodowego Wadi Gaza). Bardzo napięta sytuacja panuje  w obszarze pogranicznym między Izraelem a Libanem. Dochodzi tam z jednej strony do punktowych ataków ze strony libańskiego proirańskiego Hezbollahu (przy pomocy rakiet oraz broni przeciwpancernej) oraz znajdujących się w Libanie ugrupowań palestyńskich, z drugiej zaś – do izraelskich odwetowych uderzeń lotniczych. Izraelskie samoloty zaatakowały również porty lotnicze w Damaszku i Aleppo (utrudniając tym samym Iranowi komunikację lotniczą z jego sojusznikami w Syrii i Libanie).

Tak więc stanęliśmy przed pytaniem: czy można realizować naszą wyprawę do Jordanii (w której prawie 50 procent mieszkańców to emigranci z Palestyny). Sprawdzaliśmy opinie na stronach MSZ, ale także pytaliśmy się podróżników znających tamte tereny, co myślą o sytuacji. Po dość trudnej analizie  stwierdziliśmy, że teraz to będzie tam czas  negocjacji i jeśli sytuacja tak, czy inaczej się rozwinie to dopiero za parę tygodni, czy miesięcy. I polecieliśmy : droga była dłuższa, bo oczywiście nie nad Izraelem, ale nad Egiptem. Na miejscu niezbyt wnikliwa kontrola na przejściu granicznym (a tego się nie spodziewaliśmy).  Na ulicach Ammanu (w którym żyje 1/3 ludności Jordanii) gwarno i gorąco. Kwitnie handel. Przez cały dzień widać niewiele kobiet. Właściwie wszędzie tylko i przede wszystkim mężczyźni: sprzedają, gotują, sprzątają. W sklepach z damską bielizną – mężczyźni sprzedawcami, w sklepach kosmetycznych – także. Dopiero wieczorem pojawiają się kobiety. Dużo w czadorach, ale także mnóstwo pań w nikabach i najbardziej restrykcyjnym ubiorze muzułmanek (pełna burka zakrywająca  całe ciało, w tym nawet oczy - kobieta patrzy przez specjalną siatkę).  Ale także widzimy kobiety  w normalnych strojach europejskich. Jordania żyje niedawnym ślubem syna  królowej Ranii i króla Abdullaha II. Książę Hussein poślubił saudyjską architektkę Rajwę Al Saif. Na ulicach zdjęcia młodej pary. Podobno wszyscy Jordańczycy bardzo się angażowali w widowisko pokazujące kolejny ślub w rodzinie królewskiej (parę miesięcy wcześniej córka króla księżniczki Iman wychodziła za mąż i Jameel Alexander Thermiotis, którego majątek szacuje się na 15 milionów dolarów). Popatrzyłam na dane: dochód narodowy brutto na jednego mieszkańca w Jordanii: (2021) 4 170 $ USA; w Polsce 15 874 $ USA. Ceny benzyny regulowane przez króla. Inne dobra – raczej poza ingerencją króla. Można się targować. My, turyści nie czujemy na ulicach napięcia. Dopiero w sytuacjach dłuższych, niż błyskawiczne zakupy, słyszymy co-nieco. W piątki na ulicach dużych miast – protesty przeciwko Izraelowi. Król Jordanii stara się uspokoić ludzi, odmówił Bidenowi rozmów i prezydent USA poleciał od razu do Izraela. Abdullah II ceniony jest za zmysł dyplomatyczny, może więc i tym razem zmysł ten pomoże. Wydaje się jednak, że świat arabski nastawia się na wojnę i to taką naprawdę większą.

Wyjechaliśmy z Ammanu i dotarliśmy do Petry. Jordańczycy mówią, że podstawowe źródło ich istnienia, a więc turystyka jest w niebezpieczeństwie, bo nie wiadomo, co z wojną. Tłumów nie było, ponieważ bardzo dużo ludzi odwołało przyjazdy. Wszędzie widać tylko i wyłącznie pracujących mężczyzn. Tu i ówdzie bardzo młode dziewczyny lub bardzo starsze kobiety sprzedają precjoza, chusty, korale, kolczyki. Wszędzie wielbłądy z ranami na kolanach i osły. Ziemia sucha, wyschnięte resztki roślin. I kurz. Petra – dużo pisać. Podsumowując: marzenie (jedno z marzeń) zostało zrealizowane .

A potem Wadi Ghuweir na terenie Rezerwatu Biosfery Dana - to 12 kilometrów niesamowitych wrażeń, ale także  i wspinania się, złażenia po dość stresujących drabinkach, to 12 kilometrów przemoczonych butów. 

Potem wyjazd na pustynię Wadi Rum. I to zaskoczenie, bo to nie tylko piasek, ale  malownicze, granitowe skały i piaskowce. To właśnie tym skałom piasek zawdzięcza swoje niezwykłe odcienie czerwonego koloru. Obszar chroniony, wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Tam już rządzą tylko Beduini. Przez dwa dni mieszkaliśmy w beduińskich namiotach, jedliśmy przygotowane przez nich potrawy. To koczownicze plemiona, które przez wieki zamieszkiwały Bliski Wschód i Afrykę Północną. Pustynia należy do nich. Znają każdy zakątek. Jeżdżą jeepami (nasz prowadził iście kawaleryjsko 12, no może 15-letni chłopak). Śpią pod tymi autami. Śniła mi się Wadi Rum nocą, już po powrocie. Zachodu słońca nie zapomnę nigdy. Mówi się, że najpiękniejsza pustynia jest po deszczu, ale nam nie było dane tego doświadczyć. Do namiotów dotarliśmy na wielbłądach – nie napiszę więcej i to z wielu powodów: może i tego, że jazda na wysokości 2 metrów ponad ziemią jaklś nie stwarza komfortu, a poza tym staram się nie korzystać ze zwierząt nawet i z ta świadomością, że jest to źródło zarobkowania dla Beduinów.

Mój powyższy wpis nie ma aspiracji być przewodnikiem turystycznym, czy też analizą politycznej lub  gospodarczej sytuacji Jordanii. Czym więc? Chyba skrótem opowieści o świecie, który nas zadziwi, zachwyci, jeśli oczywiście znajdziemy w sobie potrzebę ruszenia  poza to, co mamy każdego ranka, wieczora w drodze do i z pracy. I nie jest to koszt przekraczający możliwości wielu z nas. Staliśmy się homo viator. Nie jest to dobre dla Ziemi. Przemieszczamy się z miejsca na miejsce, ale dla mnie jest to wciąż wyrażona poprzez moje podróże …złość na komunę. Tak sobie wciąż i wciąż myślę: że wtedy nie podejrzewałam, że kiedykolwiek będę mogła obejrzeć Petrę.

Kiedyś tam, jak wciąż pamiętam,  stałam dwa dni w długiej kolejce studentów, aby dostać dwutygodniowe stypendium do Norymbergi. I może wtedy, w mojej głowie powstały pomysły o wyjazdach do Indii, czy Jordanii. I teraz  mogę. I będę to robiła w złości i żalu, że wtedy nie mogłam, że zabrano mi moją młodość, kiedy podróże mogły być inne, bo ja byłam inna.







O kulturze w Krakowie. Finansowo i nie tylko.

 

Chcę napisać o budżecie Krakowa, w kontekście wydatków na kulturę, ale nie tylko o tym.

Jaki jest tegoroczny, a właściwie zmierzający ku końcowi budżet miasta na rok 2023. Przypomnienie czym jest budżet miasta. Niewiele osób chce wejść i zanurzyć się w skomplikowane tabelki. W związku z czym to, co chcę tutaj  pokazać jest olbrzymim skrótem.

Budżet Krakowa na 2023 rok ostatecznie, po przyjęciu go z autopoprawką, zakładał, że dochody miasta ogółem wyniosą 6 mld 863 mln zł. Wydatki miasta ogółem w 2023 roku zaplanowano na poziomie 8 mld 022 mln zł – i jest to kwota o ponad 9,9 proc. wyższa od przyjętej na rok 2022

Rok bieżący to, o czym nie powinno się zapominać: inflacja, która w październiku 2022 r. wyniosła 17,9 proc. (jest najwyższa od 26 lat!), gwałtownie rosnące ceny energii i paliw (wzrost o 41,7 proc.), a także materiałów budowlanych i robocizny (w 2023 r. zaplanowano dwustopniową podwyżkę płacy minimalnej) – to główne czynniki, które utrudniają samorządom proces inwestycyjny.

Zgodnie z uchwalonym budżetem na łączną sumę dochodów miasta w 2023 r. składają się: dochody własne gminy (ponad 2,5 mld zł); udział gminy w podatkach PIT i CIT (prawie 2,1 mld zł); subwencje i dotacje z budżetu państwa (1,9 mld zł); środki ze źródeł zagranicznych (316 mln zł).

Co się składa na wydatki miasta: największym z nich jest edukacja, ale poza tym transport, ochrona zdrowia, gospodarka komunalna, świadczenia rodzinne (w tym świadczenia z funduszu alimentacyjnego), pomoc społeczna, bezpieczeństwo publiczne, inwestycje i jeszcze wiele innych zadań. Kultura otrzymała 4% budżetu miasta. No tak,  niektórzy powiedzą: niewiele , bo to tylko ponad 355 milionów, inni zaś zapytają; dlaczego tak dużo, kiedy potrzeba coraz więcej wydawać na profilaktykę zdrowotną, edukację, transport (a kultura przecież zaczeka, bo kto nią się naje, ochroni przed zimnem etc). Kultura to wydatki bieżące, ale także i inwestycje. W obszarze kultury powinny być realizowane: zabezpieczenie konserwatorskie i modernizacja Fortu nr 48a „Mistrzejowice”, rekultywacja i zagospodarowanie terenów po zniszczonych elementach Fortu nr 2 „Kościuszko”, dostosowanie restaurowanego starego Fortu austriackiego 52a „Łapianka” oraz przestrzeni w nowym budynku dla potrzeb wystawienniczych dla Muzeum Ruchu Harcerskiego, modernizacja Galerii Sztuki Współczesnej Bunkier Sztuki. Skończyłam z danymi.

Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że przechodzę teraz do punktu kolejnego niniejszego tekstu. Od paru lat jestem przewodniczącą Komisji Kultury i Ochrony Zabytków w radzie miasta Krakowa. Teoretycznie, na podstawie ustawy, Rada jest organem stanowiącym i kontrolującym; prezydent zaś organem wykonawczym. Zdawałoby się więc, że to radni tworzą budżet i nakazują wykonać go organowi prezydenta. Niestety, nie jest to prawdą. Rada otrzymuje od organu wykonawczego gotowy przygotowany budżet i radni maja niewielki wpływ na jego wygląd (pomimo 400 poprawek, które zostały złożone przed radnych w bieżącym roku). Pisałam już wielokrotnie o marginalizowaniu roli rad i teraz już nie będę. Jest, jak jest. Wynika to ze sposobu wzajemnych relacji owych dwóch organów. A są one takie – jakie są. Prezydent i urzędnicy radnych traktują z dużym dystansem (delikatnie nazywając).  Słyszymy: jeśli chcecie państwo coś w budżecie zmienić – to proszę bardzo wskażcie z czego zabrać. I zaczynają się gonitwy po budżecie, gdzie znaleźć tę czy tamta kwotę na zadanie, które obiecaliśmy mieszkańcom. No, ale przecież wszyscy o tym wiedzą, ponieważ z olbrzymią estymą traktuje się na wielu uroczystościach, spotkaniach….urzędników, a nie radnych, bo przecież, gdzie kasa – tam i władza, a kasę maja urzędnicy. Moim zdaniem: powinna być jak najszybsza zmiana w funkcjonowaniu jednostek samorządu terytorialnego, bo jak długo można udawać, że jest dobrze.

No tak i teraz kolejny punkt: od lat przychodzą do mnie artyści, twórcy, menadżerowie kultury (to ci, którzy nie wiedzą, gdzie iść się powinno, albo ci, którzy tam, w urzędzie już byli liczą na wsparcie i pomoc radnego). I nie będzie odkrywcze moje stwierdzenie, że każdy z wyżej wymienionych ma absolutne przekonanie, że jest wybitnym artystą i wyraża głębokie oburzenie, że nie jest doceniany. Przychodzą i mi mówią: mam koncepcję festiwalu, nigdzie tego nie ma, a ja wymyśliłem i potrzebuję tylko 400 tysięcy. Ja na to, że budżet zamknięty, suma znaczna, więc właściwie w tym roku nie jest to możliwe, aby nawet przyjrzeć się projektowi, bo kasy nie ma, a na przykład pracownicy domów kultury zarabiają dość kiepsko i uciekają do innych miast, innych zawodów, a urząd musi im wypłacać miesięczne pensje (dość żałosne) i to też  z puli w dziale kultura. Wtedy to, w mediach społecznościowych, pojawiają się wpisy, jaki durny jest urząd, beznadziejni radni i przygłupiaści, ponieważ nie docenili wielkości pomysłu, nie zachwycili się  i kasy nie dali. Natychmiast znajdą się następni rozżaleni, którzy złożyli na przykład aplikację o stypendium i go nie dostali, a przecież powinni. Narcyzm artystyczny wylewa się litrami. Żadne rozmowy nie wchodzą w grę; bo jakże, artysta żąda i artyście się należy. W ciągu tygodnia mam kilka , a niekiedy i kilkanaście takich spotkań. Nie wnikam w to, jakimi drogami idą decyzje urzędników przydzielające jednym pieniądze, a innym nie. Kiedy pytam o przebieg konkursów, dają mi punktacje, regulaminy i opinie specjalistów, no bo przecież jestem organem kontrolującym. Ergo, z jednej strony żądający artyści, z drugiej urzędnicy zasłaniający się tym, że są jedynie (!!) organem wykonawczym (co oczywiście prawdą nie jest) i wykonują to, co im się zleca. Kompletnie rozmyta odpowiedzialność, a mogłoby być prościej, o czym wielokrotnie pisałam w innych miejscach. I pozostaję z pytaniem: jak znaleźć się w takim miejscu, czy jest jakakolwiek szansa, aby  artyście, czy też „artyście” powiedzieć, że jego pomysł nie nadaje się do realizacji, że kasy nie powinien nigdy dostać z podatków mieszkańców Krakowa, że być może powinien poszukać ich gdzie indziej, albo, co zrobić, jeśli artyści, menadżerowie, ci najlepsi, wyjeżdżają, bo są tak dobrzy, że gdzieś tam – nam ich zabiorą.  Świat pełen pretensji, oparty na narcyzmie, wybujałych aspiracjach  pretensjach, roszczeniach. Taki trudny świat – oparty, jak to bywa najczęściej, na pieniądzach.

 

 

 

 

 

 

Kobiety w polityce.

Prime Minister Margaret Thatcher at the Conservative Party Conference on elections to

Merkel, Kanclerz, Angela Merkel, Cdu

Parę dni temu oglądałam film opowiadający o byłej kanclerz Niemiec – Angelli Merkel, o początkach, przebiegu kariery, jej sukcesach i porażkach (chociaż o tych nieco mniej). Merkel była kanclerzem przez 16 lat i była najważniejszym politykiem w Europie przez wiele kadencji. Przyjrzałam się temu, jak dotarła tak wysoko, jak radziła sobie w męskim świecie polityki. Na jej sukcesy, zdaje się, miała wpływ sytuacja zjednoczenia Niemiec 3 października 1990 roku..  Angela Merkel – mieszkanka NRD, córka pastora, doktor chemii zainteresowała Helmuta Kohla. Tak więc zaczynała się kariera Merkel u boku bardzo silnego protektora. Ale wcześniej należała do komunistycznej organizacji „Wolna Młodzież Niemiecka” (FDJ). Pod koniec 1989 r. Merkel dołączyła się do nowej partii „Demokratischer Aufbruch” (Demokratyczny Przełom). Po pierwszych demokratycznych wyborach w NRD pełniła funkcję zastępcy rzecznika rządu Lothara de Maizière’a. Tak więc nie była niepierzonym kaczątkiem, kiedy dostała się pod protekcję Kohla. Miała przetarte szlaki, ale dopiero Kohl porwał ją wyżej. Została ministrem do spraw kobiet i młodzieży. I korzystała z tego, ale w pewnej sytuacji , tak zwanej afery „Flick”, dotyczącej nielegalnych darowizn koncernu Flick na rzecz niemieckich polityków, kiedy obciążono Kohla na podstawie wpisów w księdze kasowej pt. „wg Kohl”, Merkel skrytykowała szefa. W komisji śledczej Bundestagu oraz mogunckiego Landtagu Kohl poświadczył nieprawdę w odniesieniu do swojej wiedzy nt. celu Staatsbürgerliche Vereinigung jako instytucji zbierającej darowizny i ledwie uniknął postępowania karnego w sprawie poświadczenia nieprawdy. O tym wydarzeniu w filmie „Merkel” było niezbyt wiele informacji. W każdym razie, kiedy Kohl się wycofał, to Merkel stała się liderką CDU. Potem już było łatwiej: we wrześniu 2005 CDU pod jej przewodnictwem wraz z CSU wygrała wybory parlamentarne w Niemczech. Stanowisko kanclerza Niemiec przypadło Angeli Merkel, która, w wieku 51 lat,  została pierwszą w Niemczech kobietą na tym stanowisku. Nawiasem mówiąc Konrad Adenauer w wieku 73 lat objął rządy kanclerza i sprawował tę funkcję przez 14 lat. Merkel jest porównywana często do byłej premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher (obie są uznawane za silne kobiety-polityków) i z tego powodu nazywana jest Żelazną Dziewczynką (kanclerz Kohl zwykł mawiać o Merkel das Mädchen – dziewczynka).

Kiedyś Merkel umówiła się z Chirakiem i Putinem na spotkanie. Kiedy przybyła o wyznaczonej porze, obaj już od godziny ze sobą rozmawiali. Po prostu umówili się na spotkanie między facetami. A jednak wygrywała: z Kohlem, Stoiberem, Schröderem, Sarkozym czy Bushem.

Kiedy się popatrzy na życiorysy Merkel, Thatcher, Giorgi Meloni – każda z nich skrzętnie korzystała ze znaczącego protektora. A potem, kiedy już mogła – wyzwalała się i płynęła dalej sama. W działaniu nie  miały i wciąż nie mają lekko.

Kobiecie w polityce pozwala się na mniej niż mężczyźnie,  ocenia się przez pryzmat wyglądu, zadaje się jej bardziej dociekliwe pytania, starając się dociec, udowodnić czy zdyskredytować ją jako ekspertkę w swojej dziedzinie. Nikt nie wytyka politykowi wieku, polityk w 65 roku życia to „wciąż młody polityk a doświadczony” i wybieralny, polityczka w tym wieku to stara baba, która powinna zająć się wychowywaniem wnuków (chociaż średnio kobiety żyją dłużej i są dłużej sprawne, uczestniczące w życiu społecznym). Rzadko komentuje się wygląd polityka, a jakże często, prawie zawsze wygląd kobiety zajmującej się polityką. Stereotypy wciąż umiejscawiają kobietę z dala od polityki. Już, jako oczywiste, traktuje się ich obecność w nauce, w edukacji, ale wciąż nie w polityce. Zdecydowanie lepsza sytuacja jest w krajach skandynawskich. Blisko połowę składu parlamentów w Szwecji i Finlandii stanowią kobiety. W Polsce mniej niż jedna trzecia. W Szwecji 47 proc. parlamentu stanowią posłanki. W parlamencie fińskim kobiet jest 46 proc., w duńskim 39 proc. W polskim Sejmie – zaledwie 27 proc. parlamentarzystów to kobiety.

Jedną z pierwszych na świecie kobiet stojących na czele rządu była Norweżka – Gro Harlem Brundtland. Została premierką Norwegii w roku 1981 i była nią potem jeszcze dwukrotnie. Pierwszą na świecie prezydentką była Islandka Vigdís Finnbogadóttir (głowa państwa islandzkiego w latach 1980-1996). Z kolei w Finlandii po raz pierwszy na świecie doszło do sytuacji, w której krajem rządziły dwie wybrane w wyborach kobiety, premierka i prezydentka. W Danii premierką jest Mette Frederiksen, jedna trzecia ministrów w jej rządzie jest płci żeńskiej. W Szwecji dopiero co premierką była przewodnicząca partii socjaldemokratów Magdalena Andersson, w której rządzie spośród 22 tek ministrów aż 12 było w rękach kobiet.

Pytanie: dlaczego w Polsce jest trudniej ma wiele odpowiedzi. Niektóre z nich, jak przeczytałam, zdają mi się odkrywcze i powiedziałam sobie: OK, tak może rzeczywiście jest. Spotkałam się z interpretacją, że być może kraje protestanckie wprowadzające kobiety w każdy obszar ludzkiej egzystencji są bardziej otwarte na emancypacyjne aspiracje (kobiet pastorów jest obecnie więcej , niż mężczyzn). Może i tak jest. W każdym razie pytanie pozostaje otwarte. Polki są gotowe, są odpowiedzialne, wykształcone – wiele wśród nas jest Merkel, Meloni,