Krótka opowieść o moich psach.

Czym jest pies (a może kim?) Zapewne antonimem samotności,  smutku, ale i beztroski, braku odpowiedzialności. Pies wymaga uwagi, troski;  jest odłożonymi wyjazdami, odwołanymi spotkaniami, spacerami z naszym bólem gardła i katarem. Tak jest.

Nasz pierwszy pies, a było ich cztery, pojawił się w 2000 roku. I był to jedyny pies zakupiony u hodowcy. Był prezentem dla naszego syna. Była to śliczna, paromiesięczna sunia, rasy bokser. Nazywała się Etiuda, potem zwana Etką. Popełniliśmy wiele błędów wychowawczych, ale zapewne jest to norma, przy pierwszych doświadczeniach z czymkolwiek i po raz pierwszy błędy się popełnia. Ale Etka wszystko wytrzymała. Była nasza partnerką wypraw w góry, nad morze. Kupowaliśmy auto większe, aby ona zmieściła się w nim. I tylko z nią wybraliśmy się na psi konkurs piękności. Nie dostała najwyższej noty, bo okazało się, że była za duża, ponad psią normę piękności. Wtedy tez stwierdziliśmy, że te wszystkie konkursy piękności psiej są bardzo głupim pomysłem i że już nigdy i nigdzie.

Tak więc Etka dorastała z naszym synem. Była to duża „bokserka”, z która postanowiliśmy odbyć szkolenie. Jak się okazało, nie była przodującą uczennicą. No cóż. Pani prowadząca szkolenie powiedziała, że :jak na boksera” to idzie nam całkiem nieźle. Nie była więc nasza Etka przykładną intelektualistką, ale była psem łagodnym, przyjaznym, obdarzonym przez nas miłością do pierwszego psa, jakby podstawową miłością do pierworodnego. Miała poczucie humoru, co było dla nas odkrywcze. I zmarła, kiedy mała 10 lat. Schowała się pod moje biurko i po prostu umarła. Pochowaliśmy ją nocą, zawiniętą w duży koc, w głębokim dole.

Dom bez psa jest pusty. Już nie tylko tutaj mowa o pustych miskach, porzuconych zabawkach, braku sapania, oddychania, zapachu psa, ale o aspekcie przemijania, braku.

I pojawił się , że schroniska, Omar – duży młody pies i oczywiście rasy bokser. Ukochany pies naszego syna. Znaleziono go przy Rondzie Matecznym w Krakowie. Nie wiadomo, czy komuś uciekł, czy ktoś go wyrzucił; w każdym razie był w Fundacji, która zajmuje się psami rasy bokser i był do wzięcia. Wzięliśmy go, ponieważ nie do wytrzymania jest …pustka w domu, brak sapania psa, chrapania, bezczynne, niewykorzystywane miseczki. Został więc Omar z nami. Były to fajne, wspólne lata.  Nie piszę o wspaniałych latach, o naszych spacerach, bo to oczywiste. Napisze o śmierci, bo w zasadzie każda śmierć jest taka sama, a jednak inna. Omar zaczął chorować niezauważalnie: potykał się, stawał, miał kłopoty ze wstawaniem. Trudno go było zdiagnozować. Znalazłam program europejski na Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu. Powiedziano mi, że tam pracuje dobry specjalista od spraw neurologicznych u zwierza. Pojechaliśmy z Omarem do Wrocławia. Okazało się, że ma w głowie gronkowca. Mnóstwo lekarstw. Pachniał chemią. Było jednak raczej gorzej, niż lepiej. Znalazłam wiadomość o weterynarzu homeopacie z Częstochowy, a więc pojechaliśmy do Częstochowy. Omar zaczął brać lekarstwa homeopatyczne. Było nieco lepiej, ale na krótko. Pewnego poranka nie mógł wstać. Wezwaliśmy weterynarza. Okazało się, że tym razem serce nie wytrzymało i Omar zmarł. Pochowaliśmy go na cmentarzu dla zwierząt w Ropczycach.

Śmierć psa trzeba zgłasza ć do fundacji, z której przyszedł. Tam, przyjmują do wiadomości, ale też i zaraz podsuwają potrzebę znalezienia domu dla innych porzuconych, znalezionych, odebranych oprawcom etc. I był tam Magnus, zwany Bubą. Pies po przejściach, z urwanym w połowie uchem. Mówiono nam, że jest to pies niełatwy, bardzo źle nastawiony do innych psów. Krążyła opowieść, że może był wykorzystywany do walki psów. W każdym razie rodzina zdecydowała, że go bierzemy. Zdaje mi się, po latach, że był to najbardziej bystry z naszych psów. Buldog angielski. Bystrzak po prostu. Oglądał z nami telewizję, brał aktywny udział w oglądaniu tego, co było na ekranie, reagował przy płaczu ludzkim, interesowały go telewizyjne zwierzęta. Twierdziłam, ze miał ogromny, intelektualny potencjał. Chciał się uczyć. Bawiło go to. Rozpoznawał ludzi. Miał swoich faworytów, cieszył się na przyjście ulubionych gości. I jakaż to była radość. Podskakujący buldog angielski – widok godny zapamiętania. Niestety Magnusa dopadł rak, który się rozsypał po całym Magnusie. I niestety, był to ukochany buldog, dla którego zrobiliśmy rzecz naprawdę najtrudniejszą: postanowiliśmy poddać go eutanazji. Teraz powinnam napisać, jaka to naprawdę trudna decyzja i jak bardzo humanitarna. Widok cierpiącego psa, jak i człowieka wywołują najsilniejsze emocje. Piszę właśnie tak: najpierw wymieniając psa, a potem człowieka. Psu można pomóc w takiej sytuacji, człowiekowi, zgodnie z obowiązującym prawem –nie.

Cierpienie Magnusa było paromiesięczne. Nie mógł wstawać, wchodzić na schody, Umierał parokrotnie, potem wstawał, potem znów się dusił. Bezradność, brak lekarstw, bark nadziei na poprawę. Umarł, trzymany przeze mnie w objęciach. I stał się Magnusem w urnie. A urna stoi.

Paromiesięczny brak dreptania psa, sapania, konieczności spacerów w śnieżnej zadymce (bo trzeba). Puste miski i brak spacerów z psem, a poza tym tu i ówdzie zdjęcia psów tęskniących za domem.  I pojawiła się u nas mała buldożka francuska. Maleńka. Wzięta z interwencji z dzikiej hodowli psów, takiej, gdzie psy są maszynkami do rodzenia szczeniąt. Nasza mała była trzymana przez całe życie w klatce. Kiedy ją wzięliśmy, była chuda, z wygiętym kręgosłupem i wiszącymi sutkami. Zalękniona tak bardzo, że nie mogliśmy się do niej zbliżyć. Kuliła się ze strachu. Ludzie, którzy byli na miejscu i zabrali maltretowane psy mówili, że zrobiono jej bardzo niefachowo cesarskie cięcie,. Prawie, że umierała. Jest to pierwszy pies, który nie umiał się bawić zabawkami, nie wiedziała, że za piłeczka trzeba popędzić. Rozpacz wielka. Jest u nas od prawie dwóch lat. Dalej boi się, kiedy do niej podchodzę. Nie opuszcza mnie na krok. Jestem jej nadzieją, ochroną. Ostatnio została sama w innym, niż ja pomieszczeniu. To już sukces. Stała się tłuściutka, mieszka w ciepłym pomieszczeniu i nie musi fabrycznie rodzić szczeniąt. Dużo pracy przed nami. Wczoraj zajęła się nie własnymi łapkami, ale piłeczką na sznurku. Zobaczymy, co będzie dalej.

Taka to króciutka opowieść o moich psach J

Autor

jantos

Przez 23 lata prowadziłam działalność gospodarczą, byłam członkiem prezydium Izby Przemysłowo - Handlowej w Krakowie ; cały czas pracuję na Uniwersytecie Jagiellońskim (lubię moją pracę ze studentami, oni chyba też ze mną ;) ); jestem członkinią Komisji Historii Medycyny PAN; od 2002 roku jestem radną miasta Krakowa (byłam wiceprzewodniczącą Rady Miasta, przewodniczącą Komisji Kultury). Więcej biograficznych informacji na www.jantos.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.