Jak to ostatecznie jest z moralnością polityka?

kevin

Ostatnio przeczytałam i obejrzałam wiele opowieści dotyczących gry zwanej „polityczną”. Pojawiło się dużo filmów poświęconych zagadnieniu pod tytułem „jak wygląda życie polityków od wewnątrz”. Otto von Bismarck pisał, że ludzie nie powinni wiedzieć, jak się robi kiełbasę i politykę. Nie znalazłam źródła tego cytatu, może więc tak napisał Bismarck lub ktoś inny. W każdym razie jest to prawda. Ludzie zapewne się domyślają, a propos produkcji i kiełbasy i polityki – jak to może wyglądać, ale  zapewne nie mają świadomości, jak to jest. Dlaczego tak uważam? Ponieważ los mnie ukarał tą świadomością i ja wiem. Nie praktykuję, ale wiem.

Tak więc najpierw o filmach: zobaczyłam (niestety, z olbrzymim opóźnieniem,) dopiero teraz „Hause of Cards”. Pamiętam, kiedy ukazał się serial po raz pierwszy – oburzenia moich znajomych na postępowanie głównych bohaterów (Francisa Underwooda i jego żony; Douga Stampera, przedstawicieli mediów i innych zaangażowanych w tworzenie” polityki). Obejrzałam, z dużym zainteresowaniem, ponieważ film jest między innymi zagrany przez świetnych aktorów. I pomyślałam sobie, oglądając każdy odcinek po kolei – niestety, szanowna publiczności, film zrobił ktoś, kto doskonale wiedział, jak to jest. To dobrze napisany i rozplanowany serial o tematyce politycznej. Z odcinka na odcinek akcja rozkręca się coraz bardziej. Rozkręcają się też aktorzy. Jedną z najmocniejszych stron tego serialu jest właśnie jego obsada.

Serial powstał na podstawie powieści Michaela Dobbsa i nawiązuje do miniserialu BBC Dom z kart z 1990. Autorem scenariusza jest Beau Willimon.

Oczywiście jest tak, jak myślałam. Autor książki, na podstawie której powstał film Michael Dobbs jest członkiem brytyjskiej Partii Konserwatywnej. W latach 1979–1981 poseł piszący przemówienia. W latach 1981–1986 pełnił funkcję specjalnego doradcy rządu, natomiast w latach 1986–1987 szefa sztabu Partii Konserwatywnej W latach 1994–1995 w rządzie Johna Majora był wiceprzewodniczącym Partii Konserwatywnej. Wszystkie jego thrillery polityczne, a Dobbs jest także pisarzem, są głęboko osadzone na faktach. Jest to pisarz brytyjski, który był doradcą premierów Margaret Thatcher i Johna Majora. Politykę znał od kuchni. Wiedział po prostu, jak ją się robi. Tak więc, kiedy czytamy w recenzjach o „ambitnym, bezkompromisowym, dążący po trupach do celu głównym bohaterze „Hause of Cards” – to wypada napisać, że jest to postać  (może z bardzo lekkim literackim podrasowaniem) wzięta z życia. Kiedy widziałam w filmie przygotowania partii demokratów, w której działa kongresmen Francis „Frank” Underwood do spotkania z przedstawicielem strajkujących nauczycieli –  pomyślałam: „no tak, cóż samo życie”.

Nawet na tak maleńkim skrawku ziemi, jakim jest rada miasta Krakowa – młodzi adepci gier politycznych walczyli o podział miejsc przez dwa miesiące. Proszę więc pomnożyć owe gry przez prawdziwych sponsorów i prawdziwe, wielkie pieniądze. Mechanizmy zgoła podobne, chociaż efekty i lukratywność zajmowanych pozycji zdecydowanie większa. Film „Haus of Cards” po prostu świetny. Nie ma w nim żadnego zafałszowanego słowa, gestu, zachowania polityka. Tak jest. Trzeba czytać książki Dobbsa, jeśli się chce wiedzieć, jak wygląda kuchnia polityczna.

Z rozpędu poszłam na film Adama McKaya, który jest  reżyserem i scenarzystą filmu „Vice”. Bohaterem jest Dick Cheney, który  pełnił rolę zastępcy George’a W. Busha w latach 2001-2009. Karierę polityczną rozpoczął jednak o wiele wcześniej – w 1969 roku, jeszcze za rządów Richarda Nixona. Następnie pełnił m.in. funkcję szefa personelu podczas urzędowania prezydenta Forda, był kongresmenem przez 5 kadencji oraz sekretarzem obrony w administracji George’a Busha, by w 2001 roku objąć stanowisko wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych. Akcja produkcji rozpoczyna się w latach 60. i ukazuje tytułowego bohatera w czasie pracy w administracjach Richarda Nixona i Geralda Forda, a także w momencie zasiadania na kierowniczych stanowiskach w firmie Halliburton, aż po zostanie wiceprezydentem. I znów pokazana jest kuchnia polityczna, ale jednak tutaj dość kiepsko. Nie ma „wewnętrznej prawdy” – widać, że film robi ktoś, kto po prostu robi antyreklamę nie tylko postępowaniu polityka, ale który nie lubi republikanów. W międzyczasie, jakby „podkorowo” wrzucony jest obraz prezydenta Obamy, który zapewne w sugestii scenarzysty i reżysera (a jest nim Adam McKay) jest tym zdecydowanie lepszym politykiem, niż „paskudni republikanie”. Jednym z producentów tego filmu (i paru innych jMcKaya) est Brad Pitt, który dość wyraźnie opowiada się po stronie demokratów. Film, poza rewelacyjną grą Christiana Bale’a, lecz także ze świetną charakteryzacją Sam Rockwella w roli George’a W. Busha oraz Amy Adams jako Lynne Cheney – jest taki sobie, średni. Widać w nim zaangażowanie polityczne – publiczności polityki, a nie jej twórców.

I sprawa ostatnia – ale za to najbardziej na czasie. Społeczeństwo nie tylko polskie, ale i całego świata i to nie tylko teraz, ale w właściwie zawsze – miało dziwny stosunek do polityków. Z jednej strony ludzie, jakby nie wiedząc do końca, ale przeczuwając zasady funkcjonowania „kuchni politycznej” umieszczają polityków na samym końcu „najbardziej szanowanych profesji”. Potem, kiedy polityk staje na czele rządu, miasta etc – (nawet jeśli nazywa się „samorządowcem, a nie politykiem) stosunek do niego się zmienia. Polityk ma kasę podatników, na wydawanie której uzyskał pozwolenie – więc wszyscy chcąc uszczknąć kawałek tejże kasy (której doraźnym dysponentem staje się „polityk-samorządowiec) starają się, jak mogą  nadskakiwać, schlebiać, przymilać. Potem zaś, kiedy polityk umrze – okazuje się, że był wybitnym, prawym, moralnym świętym.

Więc niekiedy cichutko pytam: więc jak to jest ostatecznie?

Czas odtrąbić śmierć Nowoczesnej?

logo_N.

No i właściwie można napisać „stało się”. Nowoczesna założona przez Ryszarda Petru,  tak naprawdę jest w fazie agonii.

Szukałam na rynku partii o liberalnych poglądach. PO brała na pokład wszystkich, romansowała z socjalistami etc. Platformę Obywatelską zakładałam własnymi rękami i ta „otwartość” nie była dla mnie atrakcją. Platforma po odjechaniu  Tuska do parlamentu stała się dla mnie już nie do przyjęcia. Oczywiście nie był to jedyny powód, ale zasadniczy. Na sprawę nałożyła się totalna nieumiejętność prowadzenia partii przez władze krakowskie.

Pojawiła się Nowoczesna. Hmm, pomyślałam – bardzo dobrze, że powstaje partia o wyraźnym komunikacie liberalnym (a nie konserwatywnym). Będzie niszowa, jak partie liberalne, które zbierają do 10% głosów (w krajach o tradycji liberalnych), ale to i dobrze.

Okazało się, że nie przetrwała – i to przede wszystkim z powodu działalności … własnego założyciela.

Zapach śmierci Nowoczesnej pojawił się na Maderze, ale to być może dałoby się jakoś rozprowadzić. Madera  wygasała. Jednak ratunkiem nie okazała się (a takie miałam nadzieje) Katarzyna Lubnauer.  Nie dała rady. No trudno. Widziałam działania Katarzyny w Krakowie – i już wtedy wiedziałam.

Komunikatem, a właściwie nekrologiem – stało się wczorajsze (5 grudnia) odejście posłów do PO (a w niektórych przypadkach ich powrót 😉 ).

I szkoda, że tak się stało. Nowoczesna się rozpłynęła (raczej jest w trakcie) w niebycie. Krótka historia przewidywana przez niektórych.Także i przeze mnie.

Ponieważ świat polityki nie lubi próżni – być może za jakiś czas spotykamy się z próbą  skonstruowania partii wolnościowo-wolnościowej (bez jakichkolwiek aneksów pod tytułem „jesteśmy za wolnością rynku, ale nie za wolnością człowieka”). A ja sobie popatrzę na jej narodziny z dystansem, ponieważ ileż razy można mieć nadzieję, a potem się mylić .

 

Dyskryminacja pozytywna. Panie we władzach Krakowa. Kwoty.

toalety_panow

Pisałam już tutaj kilkakrotnie o parytetach (lub raczej kwotach). Wiele pań, przede wszystkim te, które są poza wyborami i w nich nie biorą bezpośredniego udziału, twierdzą, że parytety nie są potrzebne, bo przecież liczy się  profesjonalizm, zawodowe doświadczenie, etc, etc.

Chcę więc, Szanowne Panie i Szanowni Panowie, powiedzieć, że kwoty są potrzebne, dopóki nie stanie się w Polsce tak, jak w krajach, w których je wprowadzono jakiś czas temu.

Ustawa kwotowa weszła w 2011 roku. Zmieniła ordynację wyborczą do Sejmu, Parlamentu Europejskiego oraz rad gmin, powiatów i sejmików wojewódzkich. Na listach wyborczych do tych organów władzy, udział kandydatek (kobiet) i kandydatów (mężczyzn) nie może stanowić mniej niż 35%. Sankcją za niedopełnienie wymogu kwoty płci jest niezarejestrowanie listy. 

Parytet (z łac.paritas– równość) oznacza równy udział podmiotów wchodzących w skład określonego gremium. Parytet płci oznacza równy udział w proporcji 50 : 50 w reprezentacji mężczyzn i kobiet w organach przedstawicielskich, instytucjach lub na listach wyborczych. Termin parytet bywa  mylnie stosowany dla określenia innych proporcji między mężczyznami a kobietami, np.: 30 : 70 czy 35 : 65 lub dla określenia minimalnego udziału każdej z płci. W takiej sytuacji należy jednak mówić o kwocie.

Kwoty mogą bezpośrednio dotyczyć, kobiet jako płci niedoreprezentowanej lub, co coraz częściej ma miejsce, są definiowane poprzez określenie minimalnego udziału każdej z płci. Kwoty mogą mieć charakter wynikowy, tzn. że określona liczba stanowisk lub mandatów musi być obsadzona przez przedstawicieli jednej z płci, albo wyborczy, związany z obowiązkiem umieszczenia na liście kandydatów określonej (zwykle procentowo) liczby przedstawicieli jednej z płci.

Najczęściej stosowany jest system kwot wyborczych, polegający na rezerwowaniu kobietom (lub każdej z płci) określonej procentowo liczby miejsc na listach wyborczych. System ten związany jest coraz częściej z wymogiem umieszczenia na liście kandydatów i kandydatek w określonym porządku lub na przemian (tzw. system suwakowy). Systemy kwotowe w poszczególnych państwach wprowadzane są na trzech poziomach: konstytucyjnym, ustawowym i w regulacjach wewnątrzpartyjnych.

Obecnie konstytucje 16 państw zawierają uregulowania dotyczące gwarancje dla równego lub procentowego udziału kobiet jako kandydatów lub jako przedstawicieli w organach wybieralnych. . W 46 kolejnych państwach system kwotowy regulowany jest przez prawo wyborcze na poziomie ustawowym.

Niniejszym chciałam zakomunikować, że w 100-lecie uzyskania praw wyborczych kobiet – w Radzie Miasta Krakowa znów stało się tak, że nie zauważono tego, że jest w 43 osobowej radzie miasta 10 kobiet. Nawet przez chwilę nie rozpatrywano potrzeby  umieszczenia w  prezydium Rady Miasta którejś z kobiet. Jest przewodniczący i trzech wiceprzewodniczących.

Tak na serio. Po prostu sprawa była oczywista.

 

Solidarność kobiet na opak.

pexelsphoto1574650Jestem, no może raczej byłam – zwolenniczką scalania energii kobiet, ponieważ widziałam w tym sens. Jestem (chyba) też i feministką (bardziej w działaniu, niż w budowaniu i głoszeniu  teorii) .

Ale co mnie bardzo dziwi w ciągu ostatnich paru miesięcy, co by nie powiedzieć w roku istotnym, kiedy to kobiety uzyskały prawa wyborcze, solidarność i jedność kobiet staje się znakiem zapytania.

Zintensyfikowały się działania prokobiece w bardzo wielu miejscach w Krakowie. Niestety, nie widać owej integracji. I bardzo jest mi z tego powodu przykro. Przykłady: bardzo proszę:  powstała „Konferencja „Kobiety rządzą x 100”. Projekt wygląda świetnie. Tylko mnie zastanawia, dlaczego (nawet kurtuazyjnie)  nie zaproszono nas, tych, które zorganizowały cztery, podkreślam CZTERY Małopolskie Kongresy Kobiet. W każdym wzięło udział ponad 1200 kobiet z całej Małopolski. Była to olbrzymia i dość trudna organizacyjnie akcja, która się udała. Oczywiście możemy powiedzieć, że nikt nikomu nie narzuci obowiązku zaproszenia gości, ale my przez cztery kolejne lata organizowałyśmy kongresy KOBIECE, więc  nieco przykro, że o tym nawet nie wspomniano. A do dzisiaj działa „Stowarzyszenie Most Kobiet”, które było inicjatorem wydarzeń i jego członkinie  wykonały tak dużą pracę.

Inny przykład : ano proszę na Uniwersytecie Ekonomicznym organizowana jest kolejna konferencja poświęcona kobietom w XXI wieku (między liberalizmem, a konserwatyzmem)Duże wydarzenie, ale jakby tak znów osobno. Przyjeżdżają kobiety naukowczynie z całej Polski. A jaką tu integrację widziałabym? Może i taką, że jeśli mówi się o kobietach w biznesie – to fajnie byłoby wymienić (jeśli nie zaprosić do panelu kobiety zajmujące się w Krakowie biznesem (które to robią świetnie, z olbrzymimi sukcesami, że wymienię jedynie Marię Waliczek, czy Ewę Woch – a jest ich dużo  więcej). Nie wspomnę nawet o kobietach biorących udział w polityce, ponieważ  także i ich jest nieco  w Krakowie i w Małopolsce.

Brakuje mi integracji. Kiedy zapytałam jedną z organizatorek wyżej wymienionego spotkania, dlaczego nie integrują się środowiska kobiece, ale ze sobą konkurują, odpowiedziała, że chce wyrobić sobie markę, a te znane „by ją przykryły swoimi sukcesami”.  Tak to jest. Może więc nie jest prawdą, ze kobiece zarządzanie byłoby lepsze, a ambicje kobiece są inne i współpraca także. Sądy te zdają się być budowane znacznie na wyrost.

Powstanie sto imprez na stu lecie, ale głosów sto wcale nie da jednego potężnego sygnału, że wszystkie razem stanowimy jedno wyzwanie, jeden głos wdzięczności dla tych, które tak walecznie zabiegały o prawo do głosów.

I żal. Po prostu.

Budżet Krakowa 2019

geldMamy już od dzisiaj do dyspozycji poznanie budżetu na 2019 rok. Niewiele czasu na poznanie poszczególnych elementów.  Nowi radni, którzy przyjdą i my wszyscy staniemy się radnymi VIII kadencji dopiero od najbliższej środy i  nie będziemy mieli zbyt wiele czasu na dokładna jego analizę.

A ja po raz kolejny wyrażam swoje zdziwienie  sposobem konstruowania budżetu.

Budżet buduje  prezydent a więc organ wykonawczy i przedstawia go organowi stanowiącemu, a więc radzie miasta. Przyznacie Państwo, że już to zdanie pokazujące praktykę – jest dość dziwne.

Dalej: organ stanowiący poznaje efekt działania organu wykonawczego i stara się, w owym dokumencie zmieścić zadania, na którym mu zależy. Radni mają do czynienia z wyborcami, znają (lub raczej powinni znać) potrzeby swojego otoczenia, tudzież potrzeby środowiska. Wtedy prezydent (urzędnicy) mówią organowi stanowiącemu: chcesz pani/pan zmieścić zadanie? Dobrze, zlikwiduj więc któreś z tych, które my umieściliśmy i wstaw swoje. My oczywiście powiemy wszystkim, a zwłaszcza tym, komu zostało zlikwidowane zadanie, żeś to uczynił pani/pan radna/ radny.

Spędzamy więc całe noce starając się znaleźć w budżecie pieniądze na nasze zadania. Budżet jest spięty i trudno znaleźć zadania, które dadzą się zlikwidować.

Przednia zabawa – przyznacie Państwo. A ja sobie myślę, że mogłoby być inaczej. A na przykład tak: przed konstruowaniem budżetu prezydent (urzędnicy) zapraszają radnych, aby wspólnie zrobić zarys budżetu. Uświadamiają radnym (jeśli ci nie wiedzą), co jest konieczne, co da się przełożyć na później, a co jest potrzebne teraz etc. Konstrukcyjne konsultacje. I dopiero po nich urzędnicy przystępują do budowania budżetu. W międzyczasie rozmawiają z radnymi, analizując ich projekty, negocjują terminy etc. Jakieś wydaje mi się to proste, dialogiczne i nie konfliktowe.

Ale tak nie jest. Przykład: ano bardzo proszę< od wielu lat zabiegałam o zbudowanie basenu na ul. Eisenberga (dawniej był tam basen Polfy). Bywałam u pana prezydenta, prosiłam, nagabywałam. Miał powstać w systemie PPP. Nie wyszło. Upłynął czas, potem trzeba go było wsadzić w budżet kolejny. Nie zmieścił się, więc w kolejny.  Myśleliśmy, żeby ze względu na niedaleką odległość szkoły sportowej był to basen o wymiarach olimpijskich, ale  zmieniła się koncepcja prezydenta.  Chodziłam i prosiłam o pamięć wpisania do budżetu.
Wreszcie jest. No i cóż. Właściwie powinnam być wdzięczna prezydentowi (urzędnikom), że zmieścił się w budżecie. Ale niekiedy tak sobie myślę, że to nie tak być powinno, że nie na wdzięczności (dozgonnej) powinno to polegać, tej wdzięczności zahaczającej nieco na zażenowaniu (ileż to razy musiałam bywać wtedy kiedy mógł prezydent lub pan dyrektor od inwestycji sportowych, a ja musiałam przekładać wiele moich spotkań), ale na wcześniej przeprowadzonych rozmowach, ustaleniach partnerskich.

Nasza praca radnych polega na nieustającym nagabywaniu urzędników, prośbach, PROŚBACH , kokietowaniu etc, a mogłoby być inaczej. Kiedyś pani dyrektor wydziału powiedziała: „jak pani będzie miała jakieś potrzeby , jako radna – to niech pani idzie wcześniej do wiceprezydenta i go zapyta, czy taką potrzebę można zgłosić”. Wtedy przypomniałam pani dyrektor, że podobno my jesteśmy organem stanowiącym. Hmm, ponoć ,ale  jak widać,  jedynie w teorii.

Porady dla przyszłych samorządowców.

Zakończyły się wybory samorządowe. Listy zostały ogłoszone.

I co my tam widzimy: największe poparcie dostali radni dzielnicowi, którzy startowali dorady miasta. Piszę oczywiście o sytuacji w Krakowie, ale zapewne jest tak we wszystkich miejscach.

Największą ilość głosów (najlepsze wyniki) otrzymali przewodniczący rad dzielnic, którzy w trakcie zamkniętej kadencji pełnili funkcje radnego dzielnicowego i radnego miejskiego.

Jak można to podsumować: łączenie funkcji bardzo mi się nie podoba. Dlaczego, ponieważ byłam świadkiem wydarzeń, których nie pochwalam.  Radni dzielnicowi traktują miasto, jako konkurencyjność dzielnic. Dość często  należy przeprowadzić akcję, która przyniesie korzyść miastu, ale partykularyzm dzielnicowy na to nie pozwala i sprawy upadają. Byłam świadkiem, jak wyglądały takie dyskusje: „ja ci nie zagłosuję za twoją dzielnicą – a ty nie zagłosuj za moją.”

Inne wydarzenia: a bardzo proszę : radny dzielnicowo/miejski  zapraszał na obrady prowadzonej przez siebie komisji przede wszystkim mieszkańców swojej dzielnicy etc, etc.

Nigdy nie byłam radną dzielnicową. Patrzę na problemy miasta ponad podziałami dzielnicowymi. Interesuje mnie miasto, jako struktura całościowa. W moim myśleniu – miasto, to zagadnienie  jednorodne.

Jednak, wracając do „poradnika dla przyszłych samorządowców” – w przyszłości zaniknie , mam taką nadzieję, identyfikacja i zwycięstwa poprzez listy partyjne i większy głos dostawać będą lokalni działacze.

Będzie to zwiększało się z biegiem kolejnych  wyborów.

A na razie, w chwili obecnej: starajcie się Moi Przyszli Kandydaci dostać do rad dzielnic (a chyba nie będzie to zbyt trudne), potem zabiegajcie o to, aby zostać przewodniczącym/przewodniczącą rady dzielnicy.  I droga do sukcesów wyborczych do rady miasta będzie otwarta.

Przed Wami, w trakcie pracy w dzielnicach : zapraszania d szkół (a tam dużo rodziców, babć i wujków biorących udział w głosowaniach), przedszkoli (patrz, jak wyżej), naprawiane drogi i możliwość ich pokazywania (radni miejscy na takich uroczystościach nie bywają, a radni dzielnicowi -tak), ulice, podwórka etc.

I zapewniam Was to jest najpewniejsze. Nie z mojego doświadczenia, ale z obserwacji.

 I takie rozwiązanie jest rokujące, jak widać po głosowaniach. A ileż więcej sukcesów..

Ageizm polityczny.

ptaki

W naukach społecznych coraz częściej pojawia się pojęcie ageizmu, czyli dyskryminacji ze względu na wiek. Istnieją koncepcje, że to następny , obok rasizmu i seksizmu problem, z którym powinny sobie poradzić społeczeństwa. Ageizm jest irracjonalnym uprzedzeniem w stosunku do ludzi starszych.

Pisałam już o tym na moim blogu http://jantosmalgorzata.blox.pl/2015/02/Ageizm-czy-istnieje.html . Nie będę powtarzała pewnych, ujętych tam aspektów zagadnienia.

Ageizm to postawa zawierająca w sobie negatywne, stereotypowe nastawienie do osób starszych.

I niestety,  postawa ta szerzy się coraz bardziej, zyskując na popularności. Wiek staje się aprioryczną podstawą dyskryminowania. Nie jest ważne co sobą prezentuje osoba, jakie ma  koncepcje, jak się zachowuje, istotne jest ile ma lat. I coraz popularniejszy staje ageizm polityczny.  Ludzie powyżej pięćdziesiątego, sześćdziesiątego roku życia  stają się – według pewnej demagogii – ludźmi nie przydatnymi do sprawowania władzy. Tak się ich przedstawia. Tych, którzy są w tym wieku i władzę sprawują – traktuje się , jak osoby, które należy usunąć.

Ponieważ jesteśmy na etapie wyborów samorządowych, pojawiają się informacje, że młodzi mają pomysły, inwencję, energię. Odgradzają się od innych, oczywiście tych starszych. Nie podoba mi się taka retoryka. Widziałam w swoim życiu dostojnych, wiekowych „starców” po  pięćdziesiątym roku życia, którzy swoją energią  przenoszą góry i młodych trzydziestolatków, którym się naprawdę nic nie chce.

Społeczeństwa najbardziej cywilizowanych krajów świata odwróciły się od tradycji wcześniejszych pokoleń doceniających wartość doświadczeń ludzi starszych. Świat przewartościował wiek, który stał się balastem, a nie kumulacją mądrości. Teraz jesteśmy w fazie powrotu do korzeni najstarszych cywilizacji: musimy docenić możliwości ludzi starszych między innymi i z tego powodu, że coraz wyraźniejsze stają się problemy demograficzne, a ludzie żyją coraz dłużej. Może z czasem powróci i szacunek dla dojrzałości, a młodość stanie się nie stanem permanentnym i obowiązującym, ale przejściowym, jak to kiedyś bywało.

Nie dajcie się Państwo nabrać na to, że młodzi zawojują świat – mogą to uczynić i świat popchnąć do przodu, do innej, może i lepszej przyszłości tylko wtedy, kiedy docenią wartość dobrego doświadczenia starszych. Zwłaszcza w polityce aspekt doświadczenia jest niebywałą wartością.

Mariaż świeżości z doświadczeniem jest nadzieją na to, że znów my, jako ludzkość nie będziemy zaczynali wciąż i wciąż od nowa.

 

Wybory, wybory

 

dzokej

Wybory. Jesteśmy już na ostatniej prostej. Suweren oczekuje wyścigów, więc je ma: bardziej lub mniej udane. Takie oblicze demokracji sobie wymyliśmy. Teraz władza czeka na łaskawość suwerena, a za czas jakiś sytuacja się odmieni.

Już pisałam o tym: suweren wybiera na podstawie bardzo wielu przesłanek: a to nazwisko, a to uroda, a to skojarzenia etc.

Powstaje , w każdym razie w mojej głowie pytanie: czy wybory pozwalają ochronić godność, wzajemny szacunek etc.  Jakaś dziwna gra się toczy. W wielu wypadkach bardzo mi się , to co się dzieje wokół, nie podoba. Wyborca wybiera  pod wpływem chwili tego lub innego przedstawiciela. Jego wybór i prawo. Głos świadomego suwerena liczy się tak samo – jak tego mniej świadomego. Taka demokracja.

Jednak nie mogę się zgodzić na odbieranie  nam kandydatom walorów, które nas predestynują do pełnienia funkcji we władzach. Powinniśmy mieć świadomość, że jest to oddawanie władzy,  przedstawicielstwa ludziom, którzy będą mieli do dyspozycji ponad 5 miliardów złotych (pochodzących od  podatników). Samorząd własnej kasy nie ma, dysponuje jedynie pieniędzmi podatników.

Tak więc komu oddalibyśmy własne pieniądze – zapewne–temu, kto rozumie ich wartość, zainwestuje perspektywicznie , ich nie zmarnuje  etc. Oddalibyśmy temu, kto ma doświadczenie, wyobraźnię, odrobinę ryzyka  i kto nie zmarnuje. Robienie z tak ważnej sprawy – gry, zabawy wydaje mi się nie na miejscu.

Nie robi się rankingów piękności, śmieszności nazwisk czy wyglądu  wśród prawników, sędziów, bibliotekarzy , powinno  to być także wśród samorządowców i polityków.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ  obraża mnie takie traktowanie ludzi. Grę zaproponował jeden z portali, podjęły inne media. A ja napisałam do wyżej wspomnianego portalu: „Uprzejmie proszę o przyjęcie rezygnacji z mojego ogłoszenia na Państwa portalu. Akcja, którą od jakiegoś czasu Państwo proponujecie dotycząca wyborów, jest według mnie bardzo nietrafiona. Traktujecie Państwo wybory jako zabawę, a jest to, moim zdaniem, sukces demokracji. Trudno będzie mi proponować czytelnikom  oddanie głosu na mnie w miejscu, gdzie przedstawiacie podstawowe walory radnych związane z wyglądem pań i atrakcyjnością dość dziwnie ujętą panów. Radny jest przedstawicielem organu stanowiącego, częścią władzy. Powinien przede wszystkim być przestawiany jako kandydat mający kreatywność, doświadczenie, zapał, inteligencję, bystrość, wykształcenie, a przede wszystkim kompetencje –  ponieważ to stanowi o jego przydatności do sprawowania władzy. Poczułam się stosunkiem Państwa do wyborów zażenowana.

Traktuję swoją pracę w radzie miasta bardzo poważnie. Mam też poczucie humoru, ale widocznie nie starczyło mi go na wzięcie udziału w zabawie.

Baner przygotowałam według Państwa wskazówek. Jednakże będzie mi, dość niezręcznie proponować  moją osobę do rady miasta po tym, w jaki sposób potraktowaliście Państwo kandydatów i wyborców. „

Moja mama mi mówiła: „traktuj siebie poważnie, a tak traktować będą ciebie inni”. I tyle.

 

Kler według Smarzowskiego.

klerwynikiogladalnosci494628articleByłam na filmie o godzinie 13.00. Przebiegałam przez miasto i pomyślałam: smyknę do kina. Były jeszcze bilety i tłumy ludzi. Dziwne, ale przede wszystkich dużo pań emerytek.

Bardzo cenię twórczość Wojtka Smarzowskiego, ale mam także i dystans. Nie wchodziłam z założeniem, że genialny film, ani że kiepski. 

Film, Szanowni Państwo, nie jest o religii i jej nie dotyka. Nie ma żadnej sceny, która dotykałaby jakichkolwiek symboli religijnych.

Film jest o samotności, zagubieniu, zakłamaniu, rozpaczy  konkretnych ludzi. Można pisać bardzo wiele o metafizyce pokazania całego Kościoła, ale to jest nadinterpretacja. Smarzowski we wszystkich swoich filmach eksponuje zło świata i taką ma wizję. Po prostu.

Oczywiście cały problem polega na tym, że Kościół uzurpuje sobie prawo do ocen moralnych, bo taka jest jego rola. Ludzie przychodzą do księży, ponieważ widzą w nich przedłużenie kontaktów z Bogiem. A spotykają takich samych ludzi, jak oni sami. I tutaj jest dysonans pomiędzy oczekiwaniami i rzeczywistością. Kiedyś ktoś powiedział, za czasów pontyfikatu Jana Pawła II –  Polaków ogarnął obłęd uwielbienia dla papieża, a nie głębokie zrozumienie katolicyzmu. I tak to jest.

Smarzowski pokazał ludzi, napiętnował najgorsze przewinienie moralne, zwane przez niektórych grzechem – pedofilię. Niewyobrażalne szkody uczynione dzieciom. I tego nie można pominąć milczeniem, udawać, że nic się nie stało i nie stanie. A taką grę , niestety prowadzi Kościół.

Dobrze się stało. Bardzo dobrze, że powstał taki film. Powinniście go zobaczyć.