Przyklejanie mordy.

 

Walczymy z koronawirusem. Ludzie atakują mnie dziesiątkami telefonów, ponieważ tracą pracę, a wierzą w to, że o czymś wiem, a może chcą się wyżalić. A w naszym rządzie, najważniejszą sprawą są wybory. Temu, a nie upadającym firmom, poświęca się najwięcej czasu. I wstyd wielki. Wszyscy to widzą, a więc dobra opinia o politykach nie da się, nawet w mikroskopijnym wymiarze, obronić. Już nikt nie uwierzy w cokolwiek innego. Ludzie w polityce – to najgorszy wybór, przecedzony przez jakąkolwiek uczciwość, sprawiedliwość etc. Od czasów starożytnych, po dzisiaj – wszystko już zostało powiedziane.  Nie ma czego bronić. Są oczywiście i tacy, którzy stają murem za tym, czy innym politykiem, a są i tacy, którzy o Piłsudskim twierdzą, że był mężem opatrznościowym. No cóż o jednych się mówi teraz, o innych będzie się mówiło po ich śmierci.

Czy rzeczywiście jest tak, że polityka zbiera jedynie społeczne szumowiny, nieudaczników, karierowiczów.  Trudno o jednoznaczną odpowiedź.  Niektórzy politycy są nazywani za życia “świętymi”,  chociaż są  … przede wszystkim politykami.

Dlaczego piszę o “oczywistych oczywistościach”? Ano dlatego, że media wspierają, ba, nawet budują taką opinię. Każdy, kto zajmuje się polityką, nawet, kiedy jest samorządowcem musi być skorumpowany, bezczelny, wykorzystujący swoją pozycję. I tak piszą młodzi dziennikarze. Przyznacie Państwo, że jest to smutne, z bardzo złymi rokowaniami.

A co spowodowało moje olbrzymie zdziwienie (bo jeszcze potrafię się dziwić)? Historia następująca: dziennikarz jednej z krakowskich gazet na całą szpaltę objaśnił mieszkańcom Krakowa, że radna/radny (nie będziemy udostępniać personaliów, ani zdjęć)  wchodząc do rady miasta, nie dostała/dostał fuchy w spółce, ale wygrała/wygrał konkurs w firmie X nie będącej spółką miejską. Żenująca informacja, przyznacie Państwo. To tak, jakbyśmy wszyscy się zgadzali na to, że w tym oto celu idzie się do samorządowości, do polityki, aby załatwiać sobie pracę lub swojej rodzinie. I jeśli się tak nie stało – to piszą o tym media. Oczywiście bardzo, bardzo wielu moich znajomych z rady, korzysta  z takich możliwości (o czym dowiaduję się z mediów – i też się dziwię). Jednakże, aby czynić z normalności,  porządności – wydarzenie na miarę cudu – to znaczy, że świat robi się jeszcze gorszy, niż podejrzewamy. Media piszą: “X nie ukradł, a mógł, tak więc X jest bohaterem”. Co się dzieje!

Kiedyś, mój ulubiony Kisiel napisał: ” Coraz więcej  rzeczy rozumiem, lecz coraz trudniej przychodzi wyrazić mi to w słowach”

 

Losy politycznych Małgorzat .

No i stało się to, czego można było się spodziewać. Teraz wystawiona zostanie jedyna gwiazda KO –  Rafał Trzaskowski, który od jakiegoś czasu wygrywa wszystko 🙂  Wydarzenie z Małgorzatą Kidawą – Błońską wypadałoby podsumować. Zapewne takich wniosków pojawi się mnóstwo i zapewne będą bardzo, bardzo negatywne dla pani Kidawy. Moje doświadczenie pokazałoby nieco inne światło dla całego wydarzenia. I oczywiście w innej skali. Pytań związanych z sytuacja byłoby wiele: między innymi i takie: jak to jest, że w wielu krajach (i nie tylko europejskich) kobiety dochodzą do władzy, utrzymują ją i zarządzają. W Polsce jakoś to idzie kiepsko. Nikt nie odważyłby się, jak mniemam, powiedzieć, czy napisać, że Angela Merkel jest osobą zarządzaną przez kogoś, kto stoi tuż za nią. Merkel – zwana przez rodaków – Mutti  (czyli Mamuśka) trzymała rządy Niemiec i partii twarda ręką.  U nas jakoś w wypadku i partii (jakiekolwiek) i rządu nie wychodzi. Może ktoś powie, że była jedna, czy druga pani premier, ale zawsze jakoś były postrzegane nie jako osobowości, ale “przedstawicielki” innych, tych z tyłu krzesła.

Małgorzata K-B po pierwsze musiała się zgodzić na kandydowanie. Zapewne jest osobą ambitną,  z dużą wyobraźnią.  Oczywiście wyniki wyborów mogłyby być zupełnie inne, gdyby odbyły się w normalnym czasie, bez pandemii. Ten szybki czas wyborów byłby dla pani marszałek bardzo korzystny. Niestety stało się, jak się stało. I bardzo wiele błędów popełniono. Po pierwsze z narracją prezentacji kandydatki. Ta prezentacja  była (a miałam takie wrażenie od początku) bardziej pasująca do “obozu przeciwnego”. Stawianie na tradycję, przodków, kontekst historyczny. Nie było dynamiki, doświadczenia kandydatki, a zamiast tego  za dużo .. jej rodziny (tej z przeszłości i to wybiórczo, zapomniano, o tych z członków, którzy nie pasowali do narracji). No cóż.  I niestety bardzo złe wrażenie robiło to, że zamiast wypowiedzi pani marszałek pokazywano szefa partii, który mówił więcej, niż ona (ergo, już na początku wyraźnie prezentowano… brak jej samodzielności).  Przy starciach wyborczych nic i nikt nie zastąpi bystrości odpowiedzi, szybkości reakcji, dowcipu, złośliwości. Umysł człowieka musi być , jak karabin maszynowy.  I trzeba było wiary w zwycięstwo . To widać w oczach, w gestach, etc.  Widać to w człowieku, który idzie po zwycięstwo.  Ale niekiedy można się przygotować na przegraną, ale przegrać też można z klasą.

Przypomniało mi się wydarzenie, które miało miejsce w Krakowie, kiedy PO nie współpracowała, tak jak teraz  (hmm, raczej “współpracowała” ) z prezydentem Krakowa. Odbywało się długie, raczej żałosne poszukiwanie kandydata, który się zmierzy z panującym prezydentem. W zasadzie przegrana kandydata PO była wpisana w przebieg wyborów. To był czas dobry dla prezydenta, długi czas promowania nazwiska, pieniądze na kampanię etc. Oczywiście zawsze mógł się zdarzyć cud. Ponieważ niewielu było takich, którzy podpisaliby się na przegranie (a telefonów było mnóstwo do rektorów uczelni, profesorów, posłów etc). Każdy odmawiał. Wtedy zgłosiłam się do szefa PO. Stwierdziłam, że zapewne, z wyżej wspomnianych względów nie wygramy, a ponieważ jest posucha, kandydaci się nie garną, więc ja przynajmniej nie skompromituję partii, znam miasto, jego problemy, prowadziłam przez 23 lata własną firmę, etc etc. I, co najważniejsze, mogę przegrać – to nie zrujnuje mojej kariery, nie ubliży mojej godności etc. I wtedy zaczęło się , po raz kolejny, piekiełko partyjne (zresztą tak, jak przy poprzednich kontrkandydatach prezydenta, w poprzednich wyborach). Natychmiast powstała opozycja wewnątrzpartyjna.  Zamiast zając się wsparciem, zaczęły się kalkulacje: czy będzie ciągnęła innych za sobą, czy pomoże członkom partii, a zbyt samodzielna, itd.  W dniu zamknięcia zgłoszeń jeszcze członkowie partii (w tym dość aktywny konkurent z list partyjnych w moich dzielnicach) wydzwaniał po uczelnianych profesorach pytając, czy nie zechcieliby być kandydatami na prezydenta miasta. I wtedy coś we mnie zawrzało, wściekło się we mnie. I złożyłam rezygnację. Przykre to jest i smutne. Brak wewnętrznej spójności, stawanie murem za kandydatką (jak uczyniono to w przypadku Małgorzaty Wasserman).  Moja następczyni w kandydowaniu zaczęła od tego, że zakomunikowała mediom, że pan obecnie funkcjonujący prezydent jest….. bardzo dobrym prezydentem, a ona startuje, bo jeśli staruje Jantos – to ona tez może. 😉

Wracając do pani marszałek –  bardzo jest to smutne i przykre. Myślałam sobie, że może i u nas w Polsce, w tych trudnych czasach, przychodzi moment na naszą rodzimą Mutti, że kobieta  stworzy poczucie stabilizacji, opiekuńczości,  że zjednoczy opozycję. I jest mi po prostu żal.

A tak na koniec żartując, może to nasze imię skazuje nas w Polsce na przegraną, a może tylko się udało Małgośce Thatcher 🙂  Bardzo samodzielnej, za która nikt nie miał odwagi się wypowiadać w mediach.

House of Cards – wydanie polskie.

Kiedyś już na moim blogu pisałam o serialu “House of Cards”. Pamiętam, że jak zaczęła się jego emisja wielu moich znajomych opowiadało z przejęciem, jak to wygląda polityka od wewnątrz.  Mnie martwiło to, że nie …czułam się zbulwersowana. “No – mówiłam – tak to jest”.  No, może nieco przerysowane, ale mniej więcej o to chodzi.

I zastanawiające jest to, że ludzie wiedzą (lub przynajmniej im się wydaje, że wiedzą) jak wygląda polityka od wewnątrz. Otto Eduard Leopold von Bismarck przestrzegał: “Im ludzie wiedzą mniej o powstawaniu kiełbas i polityki, tym lepiej w nocy śpią”.  Polityka nie jest  sterylnym miejscem, ale chyba nigdy nie była.  Za życia polityka wszyscy (lub część) wyrażają się o nim, jak najgorzej – potem po śmierci bywa rożnie: niekiedy wielbią, niekiedy pogardzają, niekiedy zapominają. W każdym razie podstawą bycia politykiem jest zwycięstwo. Niestety, jeśli komuś się wydaje, że dobro narodu, państwa – to w większości przypadków nie jest to prawda. Jeśli zaś od czasu do czasu znajdą się tacy ludzie, co tak myślą, to  ich kariera polityczna bywa dość krótka. I też , koniec końcem, nazwą ich koniunkturalistami, cwaniakami etc. Intencje mieszkają w głowach i nie wychodzą, jak wysypka, na zewnątrz.

Piszę o wczorajszym wydarzeniu: Jarek Gowin (a znamy się ze wspólnych kręgów jeszcze z PO) jest, co by nie powiedzieć , zwycięzcą. Najmocniej Państwa przepraszam, ale zbudował, bardzo ryzykując, sytuację, w której zwyciężył.  Zmarginalizował innych rywali.  Stary Lew wydał oświadczenie wespół z Gowinem. Nie z Ziobrą, nie z Morawieckim – z Gowinem. Po tylu latach Stary Lew podjął się wydać osobiście oświadczenie, które podważyło, ośmieszyło jego (sic!!) partię.  W PiSie Gowina nienawidzą, no jest to oczywiste, ponieważ zmusił do czynności Starego Lwa , a nie dał mu się wykorzystać i wypluć. Piszę to bez jakichkolwiek własnych emocji – tak wygląda sytuacja na dzisiaj.

Patrzę na te przepychanki. Wiem więcej od innych, jak się produkuje politykę, no może nie do końca, ale poznałam mechanizmy. I wiem, jak trudno jest nie dać się wygryźć, łatwiej jest się poddać, odstąpić, odjeść. Ile trzeba mieć zażartości w sobie, aby przetrwać.  Oczywiście pozostaje pytanie: zaraz, ale w jakim celu?  Machiavelli napisał w “Księciu”: […] Pamiętać bowiem należy, że ludzi trzeba albo dopieszczać, albo ich zniszczyć; bowiem za krzywdy błahe się mszczą, a za wielkie nie mogą; zatem krzywda, którą ludziom wyrządzasz, musi być taka, byś nie obawiał się zemsty. […]

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zasiedzenie.

Staram się nie czytać złośliwych uwag pod moim adresem. Z hejtem spotykam się rzadko (więc szczęśliwcem jestem). Grzeczną dziewczynką raczej nie bywam, bo prowokuję, wygłaszam własne sądy i mam odwagę, na którą pracowałam wiele lat, ale jakoś mam szczęście do interlokutorów, tych zaś, którzy zachowują się nieelegancko po prostu wyrzucam z obszaru mojego działania.

W moim życiu jestem nauczycielem akademickim, byłam przez 23 lata przedsiębiorcą, a od 2002 roku jestem radną miasta Krakowa.  Obszarów działania mam sporo, wynika to zapewne z mojego temperamentu, pewnej “niespokojności ducha”.  Poznaję jakieś działanie: a myślę sobie “tak to wygląda z bliska” i potem zaczynam coś nowego. Przeskakuję, biegam, wciąż szukam czegoś nowego. W rozmowach żartuję, że jedynie nie założyłam jakiejś sekty wyznaniowej. Ma to oczywiście dobre, jak i złe strony. Są oczywiście też i sprawy, których bym się nigdy nie podjęła. Przede wszystkim dlatego, że przekraczają one, w każdym wymiarze, nie tylko moje preferencje, ale i umiejętności. Wśród nich jest zapewne i polityka. Jeżeli w tym momencie wywołałam zdziwienie kogoś z Państwa – to spieszę wyjaśnić, że dla mnie jest zasadnicza różnica pomiędzy samorządem, a polityką. Dlatego też ubolewam nad znacznym i coraz większym upolitycznieniem samorządów. Samorząd to nie tylko duże rady wielkich miast, ale także tych miast średnich, małych, czy wsi. I wszędzie tam wkracza, do codziennej działalności, ogólnokrajowa polityka.  Mówi się o polityce zarządzania miastem, o strategii, idei, jednak to nie jest polityka w wymiarze państwowym. Oczywiście nie da się tworzyć nieprawdziwych rozgraniczeń i każdy, lub prawie każdy, człowiek ma w sobie coś , co mu w duszy gra.  Jeśli tym czymś jest mocno zakorzeniony lewicowy egalitaryzm, to oczywiście w wymiarze zarządzania miastem, czy miasteczkiem będzie walczył i sprzeciwiał się jakiemukolwiek przejawowi czegokolwiek, co nie będzie zarządzane przez kolektyw gminny, czy miejski. Wszystko powinno być, jak zapewne powie, zarządzane przez państwo, miasto, gminę (czyli przez tymczasowy zarząd wybierany na pięć lub cztery lat). Zbiorowa inteligencja zarządzania jest zdecydowanie wyższa, jakby powiedział, niż prywatna.  Jeśli zaś tym czymś w duszy jest  liberalna miłość do wolności i wiary w pojedynczego człowieka – to będzie stał po stronie przedsiębiorców, niepublicznej edukacji, prywatnych inicjatyw kulturalnych, budżetu obywatelskiego etc. Tak więc przekonania towarzyszą każdej naszej aktywności, co w działalności samorządowej ma znaczenie (czy też raczej kiedyś miało), a w działalności politycznej – nie ma.  W polityce istnieją  “przekonania zbiorowe” o dość dużym otwarciu, bardzo elastyczne, w życiu –  przekonania trwają jednak dłużej.  Społeczeństwo zresztą to intuicyjnie wyczuwa: politykę ogólnonarodową nie traktuje zbyt poważnie, zresztą już nie za bardzo wiadomo, jakie poglądy mają nasi, a jakie ci inni. Wszystko jest skoncentrowane wokół grupy ludzi, a nie wokół poglądów, czy przekonań (dlatego tez tak łatwo przejść z jednej grupy do drugiej). Ktoś słusznie powiedział, że nie ma partii politycznych tylko doraźne listy wyborcze. Zaś w samorządzie najlepiej się mają ci, którzy wyraźnie odcinają się od opcji politycznych.  Jeśli oczywiście do samorządu się dostaną, ponieważ wcześniej w dużych miastach tę opcję polityczną mieć muszą. Wyborcy wciąż nie wybierają ludzi tylko listy wyborcze.  A na tych listach miejsca pierwsze, drugie, trzecie i ostatnie.  Tak więc kandydaci zabiegają o te miejsca. Taka to gra, Moi Drodzy Państwo.

Obserwuję od wielu lat, a ostatnio widzę także przyspieszenie tej tendencji, że rada (a więc organ stanowiący w samorządach) stają się dla bardzo wielu – tylko przystankiem, polem ćwiczebnym do startu dalej, do polityki krajowej. Nawet coraz wyraźniej widać manewry, ćwiczenia wystąpień sejmowych na sali obrad rady. Samorząd upada w rankingach sukcesów. I dobrze się stało, że ogłoszono kadencyjność władz. Niestety tylko władz samorządowych i tylko organów wykonawczych. Powinno ta zasada powinna objąć posłów, radnych,  w zasadzie wszystkich.

Zaczęłam się zastanawiać nad uwagą osoby, której nie znam, a która napisała, że Jantos “zasiedziała się  w radzie miejskiej”. Pomyślałam sobie, no jest nas kilku tych, co tak się zasiedzieli.  Większość z nas nie chce startować do polityki ogólnokrajowej. Chce być w samorządzie, ponieważ tutaj jest prościej zobaczyć  efekty swoich starań. Jeśli w ogóle jesteśmy w stanie coś wyprosić u dysponentów kasy podatniczej, czy u prezydentów, wójtów, burmistrzów. Wolimy spać w naszych domach, niż w hotelach poselskich. Chadzać na spacery wśród ludzi, którzy nas znają, kojarzą i wciąż mają do nas jakieś sprawy związane z miejscem tym oto, tutaj.

I pytam się, czy tak trudno zrozumieć, że znamy miasto, wszelkie jego urzędnicze zaułki, mechanizmy, funkcjonowanie, a że co jakiś czas pytamy się, w czasie wyborów: czy Państwo nas chcecie? A ludzie mówią “tak”.  I naprawdę trudno zrozumieć, że nie chcemy z samorządowości iść do polityki?

Cyrk bez zwierząt


Cyrk ukształtował się we współczesnej Europie w Anglii w XVIII wieku, nawiązując do tradycji nowożytnego Rzymu, gdzie jego miejscem była arena otoczona amfiteatralną widownią. Wcześniej, już w średniowieczu, pojawił się i rozkwitł ten rodzaj rozrywki. Kuglarze występowali na ulicach, jarmarkach i festynach.
Wielką atrakcją, poza akrobatami, klaunami i tresowanymi zwierzętami byli zdeformowani ludzie. Ludzkie ciała były zawsze obiektem zainteresowania. Alfred Claessen, dyrektor amerykańskiego cyrku, który przyjechał do Paryża prosił w grudniu 1878 roku prefekta policji o zgodę na pokazanie dziewczyny-małpy z Albanii.
W latach osiemdziesiątych XIX wieku pokazywało się publicznie dziecko dotknięte mikrocefalią. Jego ojciec demonstrował je na jarmarkach, zarabiając pokazywaniem monstrualnego potomka. Przykładem dość znanym był Joseph Carey Merrick – chory na zespół Proteusza. Znany w epoce wiktoriańskiej jako człowiek-słoń o bardzo zniekształconej czaszce.
Ludzka monstrualność reprezentowana przez „człowieka-słonia”, „kobietę-wielbłąda”, bezrękie dziecko była pokazywani na festynach w wędrujących cyrkach. W Europie przede wszystkim Paryż stał się w XIX wieku wielkim targowiskiem monstrualności. Obok także i w Londynie w pierwszej połowie XIX wieku wszelkie penny show przyciągały gapiów.
W Londynie w 1883 roku zabroniono takich spektakli. Wcześniej, już w 1863 roku podejmowane były  próby niedopuszczania do pokazywania okaleczeń i ułomności, a wreszcie od 1896 roku zabroniono działalności gabinetów osobliwości.
A cyrki trwały dalej, ale już bez zdeformowanych ludzi. I przetrwały. Może więc teraz kolej na następny etap funkcjonowania tej ulubionej, dla wielu, rozrywki. Może przyszedł czas na cyrki bez zwierząt. Europejska Federacja Lekarzy Weterynarii opowiedziała się przeciwko wykorzystywaniu zwierząt w cyrkach. I już w tej chwili kilkadziesiąt krajów w świecie  zakazało częściowo albo całkowicie występów zwierząt.
Angielscy specjaliści z Rady Dobrostanu Zwierząt Gospodarskich (Farm Animals Welfare Council), w opracowanym przez nich Kodeksie Dobrostanu Zwierząt zaproponowali, by elementy dobrostanu przedstawić w postaci „pięciu wolności” zwierząt. Formuła „pięciu wolności” pozwala bardzo trafnie przedstawić warunki właściwej opieki nad zwierzętami: zarówno gospodarskimi, jak i tymi, które żyją w naszych domach dla towarzystwa, jak i tych w przyrodzie.
Wolność pierwsza od głodu i pragnienia .
Wolność druga od urazów psychicznych i bólu (potrzeba zapewnienia odpowiedniego traktowania zwierzęcia).
O ile zadawanie bólu (na przykład przez bicie), jest powszechnie uważane za zadawanie cierpienia, o tyle straszenie nie zawsze budzi sprzeciw, a przecież część tradycyjnych metod szkolenia zwierząt wykorzystuje prowokowanie strachu (także bólu) w celu powstrzymania  przed niepożądanym zachowaniem. W tresowaniu zwierząt dość często uciekamy się do straszenia w celu stłumienia, czy „ukarania” niewłaściwego zachowania. Choć takie postępowanie uczy zwierzę (często bardzo szybko i skutecznie) powstrzymywania się przed zabronionym zachowaniem, to dalsze, odległe w czasie konsekwencje straszenia czy zadawania bólu mogą prowadzić do utrwalenia przeżywania nieprzyjemnych emocji, a więc do cierpienia. Współczesne badania nad neurofizjologicznymi mechanizmami emocji strachu pokazują, że emocja ta warunkuje się i utrwala bardzo łatwo, szybko i trudno ją wygasić. Uczenie się reagowaniem strachem musi być szybkie, trwałe i niezawodne. Strach przeżywany często, a niekiedy stale jako niepokój uruchamia fizjologiczną reakcję przewlekłego stresu, który prowadzi do szeregu niekorzystnych zmian w organizmie, a w tym do chorób i depresji.
Wolność trzecia od ran i chorób: (wolność ta, podobnie jak pierwsza, zdaje się być oczywistą).
Wolność czwarta: od stresu 
Czy zwierzęta w ciasnej klatce w cyrku będzie miało szansę na znalezienie osobistej przestrzeni, miejsca na spokojny odpoczynek, opanowania minimalnej wielkości terytorium? Stres jest dla zwierzęcia cierpieniem.
Wolność piąta: do wyrażania naturalnego zachowania.
Cierpienie zwierząt wiąże się z niedostatkiem możliwości prezentowania naturalnych dla danego gatunku zachowań. Próbując kompensować sobie ten niedostatek zwierzęta prezentują stereotypowe zachowania, będące częścią ich „repertuaru zachowań”(na przykład gryzienie przedmiotów, kręcenie się za własnym ogonem czy chodzenie w zrytualizowany sposób, co można zaobserwować w cyrkach). Według badań opublikowanych w „Science” w 2009 roku, słonie w niewoli żyją nawet dwa razy krócej niż na wolności. W niewoli obserwuje się u nich depresję.
Rozwijająca się w ostatnich latach wiedza etologiczna i i psychologiczna spowodowała to, że zaczęto lepiej rozumieć potrzeby zwierząt, czy też ich emocjonalność, w sumie niezbyt odległą od potrzeb ludzkich.
Jeśli więc ponad 130 lat temu nakazano cyrkom wyłączyć z pokazów zdeformowanych, nieszczęśliwych i cierpiących, z tego powodu, ludzi, to może wiek XXI doprowadzi do wyłączenia z cyrków cierpiących zwierząt.
Powstaje coraz więcej cyrków, gdzie już nie występują zwierzęta: wśród nich jest wielokrotnie nagradzany, założony w 1987 roku przez Roba Mermina;  Cirque du Soleil (jeden z najpopularniejszych w świecie); Cyrk Vargas (jeszcze kilka lat temu wykorzystywał na swoich arenach zwierzęta najróżniejszych gatunków, a w 2010 roku podjął jednak decyzję o rezygnacji z udziału zwierząt w spektaklach i postanowił promować sztukę cyrkowa bez okrucieństwa).
Coraz więcej miast polskich stara się  nie wynajmować  terenów należących gminnych  dla cyrków wykorzystujących zwierzęta. Stanowiska Naczelnego Sądu Administracyjnego są różne. Wyrok z 17 maja 2017 roku NSA stwierdził, że władze Warszawy nie miały prawa zakazywać przedstawień cyrkowych tylko dlatego, że jedną z ich głównych atrakcji były występy tresowanych zwierząt. Z kolei w drugim, tym razem postanowieniu, z 21 czerwca ten sam sąd zajął odmienne stanowisko. Orzekł, że działania władz Poznania, które zakazały nie tylko takich przedstawień, ale i dystrybucji biletów w miejskich placówkach (np. szkołach), były zgodne z prawem.
W 2016 roku złożyłam uchwałę kierunkową do prezydenta Krakowa, aby zastosować niewynajmowanie gruntów należących do miasta cyrkom, które pokazują tresurę zwierząt. Prezydent nie skorzystał z uchwały , odpowiadając, że godzi ona w wolność i równość podmiotów gospodarczych. Tak też orzekły wojewódzkie sądy administracyjne wobec wszystkich miast, które to zastosowały.
Jesteśmy więc w punkcie wyjścia i dopominania się, aby zastosować tutaj stan wyższej konieczności, ponieważ dobro poświęcone, a więc równość podmiotów gospodarczych (o co zabiegałam zawsze) przedstawia wartość niewątpliwie niższą od dobra ratowanego (a więc wykluczenia cierpienia zwierząt w cyrkach).

Urzędnik wie lepiej. Przedszkola.

W Krakowie działają przedszkola publiczne i niepubliczne. Utrzymywane są z podatków mieszkańców. Podatki są, między innymi, przeznaczane na to, aby dzieci mogły być w przedszkolach. Podatnik daje na wszystkie dzieci: jedne z nich chodzą do przedszkola X, drugie do Y. Podatnik nie wskazuje ile powinno iść pieniędzy za dzieckiem pierwszym, a ile za drugim. Logicznym jest, że powinno tyle samo.
I tu pojawia się urzędnik, który decyduje: przedszkole X dostaje 100% dotacji, a przedszkole Y – 85% (albo mniej), zaś przedszkole Z – aż 120%. Nie rozumiem tego od samego początku. Nie rozumiem i nie będę przyjmowała jakiejkolwiek argumentacji. Przedszkola niepubliczne – to jest wybór rodziców (niekiedy i konieczność). I nam władzom miasta nic do tego, że rodzice dokonali takiego wyboru. Władza ma być sprawiedliwa w rozdziale podatków, a NIE JEST.
Walczę o sprawiedliwy podział podatków przeznaczonych na przedszkola (bez względu na to, czy są publiczne, czy niepubliczne, ponieważ podatnika to nie interesuje – on nie zaznacza w swoich rozliczeniach, ile ma iść na to, a ile na inne, po prostu płaci podatki). I będę.

Pamiętniczek w czasie pandemii.

Wczoraj rząd przesłał do krakowskiego Szpitala Uniwersyteckiego TIRy … ze sprzętem o wartości 3,5 miliona złotych. Wymieniono, co dostanie szpital:  20 tys. fartuchów, pół miliona rękawic nitrylowych, pół miliona masek chirurgicznych, 10 tys. przyłbic, 100 tys. czepków
10 tys. kombinezonów ochrony biologicznej.

Szanowni Państwo prawie półtora miesiąca  od czasów ogłoszenia pandemii!!.

Nie wiemy, dlaczego teraz: czy zakupiono, czy wcześniej nie można było tego kupić. Nie wiem.

W każdym razie społeczeństwo zorganizowało się szybciej. No więc może , jeśli suweren jest taki zorganizowany, a rząd działa tak opieszale – to po co nam rząd?

Postaram się opisać, jak zadział suweren – zresztą jeden z wielu.

Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła stan pandemii nowego koronawirusa, alarmując o rosnących zakażeniach na świecie i niezdecydowanych działaniach rządów. Dyrektor generalny WHO Tedros Adhanom Ghebreyesus oświadczył, że spowodowana koronawirusem SARS-CoV-2 choroba COVID-19 może być określana jako pandemia. Tyle. I zaczęło się . Wyznaczono szpitale, które miały podjąć pracę z ludźmi chorymi.

W sobotę 14 marca dostałam telefon od rzeczniczki Szpitala Dziecięcego w Prokocimiu, która zwróciła się z prośbą o znalezienie kogoś, kto przygotuje maseczki bawełniane dla personelu.

Wcześniej odbyłam rozmowę w sprawie pomocy dla krakowskich szpitali z panią dr Katarzyną Góralczyk. Najpierw szyło maseczki parę osób, potem okazało się, że równolegle taką akcję podjęła grupa osób „Maseczki dla krakowskich medyków”. Dr Góralczyk powiedziała mi, że trzeba sprowadzić, kupić  dla Krakowa ochronne przyłbice  produkowane w Pile przez tamtejszego właściciela drukarek 3D. I że są one w miarę tanie, ale kasa potrzebna .  Tak więc stałam się początkiem i najważniejszym fundraiserem akcji . dziennie robiłam dziesiątki telefonów do różnych ludzi, w tym prezesów spółek, zamożnych obywateli Krakowa.

W czwartek 19 marca dostałam telefon z Francji od człowieka, który powiedział,  że pod Krakowem jest szwalnia jego kuzyna, która mogłaby włączyć się w szycie bawełnianych maseczek. I tak się stało. Dostaliśmy parę tysięcy przepięknie uszytych maseczek od pana Mateusza R. – właściciela szwalni (z ich materiałów).Zaczęłam si e zastanawiać nad drukarkami 3D. Przecież w Krakowie musi być to samo, co w Pile. Musi być i u nas sprzęt. Najpierw myślałam, żeby były drukowane ustniki do respiratorów, które są jednorazowe, a potrzeba ich mogłaby się okazać ogromna. Toteż 17 marca zadzwoniłam o 8.oo rano (nie mogłam się doczekać ranka) do profesora z AGH – prosząc go, aby zwołał na AGH ludzi od drukarek 3D i żeby zaczęli się przygotowywać do pracy.  Profesor skontaktował się (na moją prośbę) ze Szpitalem Uniwersyteckim i studenci z Koła Naukowego przekazali maski, które mieli do szpitala. W czwartek dostałam od profesora namiary telefoniczne na asystenta AGH mgr Jacka Wesoła, z którym zaczęliśmy działać.

Wcześniej jeszcze obdzwoniłam wszystkie miejsca, gdzie mogły być drukarki 3D (także i firmy prywatne, które bardzo chętnie deklarowały swoją pomoc).

Zaczęła się produkcja z jednej strony szycie maseczek bawełnianych, z drugiej – przyłbic.

Ja zbierałam pieniądze na wkłady do drukarek-na filament. Wszyscy pracowali oczywiście charytatywnie.

Potem odbyła się regularna dystrybucja.  Moje mieszkanie przekształciło się w mini-centralę.  Pani dr Góralczyk na rowerze rozwoziła maseczki bawełniane, a pracownicy i studenci AGH (potem doszła Politechnika) przyłbice (oczywiście własnymi autami).

Rozwoziliśmy wszędzie: przede wszystkim do szpitali, Domów Pomocy Społecznej, straży miejskiej, policji.

Wydzwaniałam nie tylko do potencjalnych (w potem niekiedy rzeczywistych ) sponsorów, ale i do miejsc, gdzie nasza pomoc byłaby potrzebna. Między innymi trafiłam do szpitala im. Narutowicza, gdzie, jak mi powiedziano , mają tylko 100 przyłbic i koniec. W ciągu paru dni dostali prawie tysiąc przyłbic i od AHG wypożyczony sprzęt do mierzenia temperatury.

W międzyczasie mini-centrali przygotowywałam wykłady dla swoich studentów.  Praca niebywale wymagająca. Wymyśliłam wersję, jak myślę, bardzo wygodną dla studentów: nagrywałam po prostu do PowerPointów, do każdego slajdu – komentarz. Studenci pochwalili, a praca dla mnie wielogodzinna.

Podsumowując: jak obliczyłam: nasza praca to ponad 25 tysięcy przyłbic i tysiące maseczek.

Patrząc na ofertę rynku: wypracowaliśmy sprzęt o wartości ponad 700 tysięcy złotych. Jak na grupę społeczników – to, jak myślę, całkiem nieźle.

Teraz  wciąż nie jest doskonale, ale sprzęt rządowy uzupełni to, czego nam się nie udało.

Egalitaryzm szpitalny. Triage.

Włoskie szpitale, jak przekazano nam w informacjach,  zaczęły stosować zasady priorytetów w leczeniu chorych na koronowirusa: najpierw leczono osoby młodsze i o większej odporności, na końcu starsze, z chorobami współistniejącymi.

Informacja ta wywołała wiele dyskusji w mediach społecznościowych. Trzeba jednak wiedzieć, że pandemia, jak i inne sytuacje graniczne pozwalają na stosowanie specjalnych zasad.

Dominique-Jean Larrey ,chirurg i profesor medycyny w armii Napoleona, jako pierwszy wprowadził w czasie wojny na pole walki ambulanse, których załogi ratując poszkodowanych żołnierzy  selekcjonowali rannych ze względu na ich stan: na lżej rannych, których można uratować i tych, którym żaden ratunek już nie pomoże. W roku 1846 brytyjski chirurg John Wilson jako pierwszy opisał zasady segregacji poszkodowanych w wypadkach masowych dzieląc ich obrażenia na: drobne, poważne i śmiertelne.

W okresie pierwszej wojny światowej punkty segregacyjne funkcjonowały już dość powszechnie. Trafiali do nich ranni żołnierze, a lekarz decydował o ich dalszym losie.

Pierwsze wytyczne dotyczące sposobu segregacji pojawiły się około 1980r, wtedy właśnie zespół lekarzy ratunkowych Hoag Memorial Hospital w Kaliforni wraz z ratownikami straży pożarnej Newport Beach opracował system segregacji, który na stałe wpisał się w działania ratowników na całym świecie.

Obecnie wszędzie wykorzystywane są różne systemy segregacji, jednak wszystkie mają wspólny mianownik – uratować jak największą ilość poszkodowanych w sytuacji, gdy siły i środki jakimi dysponujemy są niewystarczające.

W wielu krajach na świecie stosuje się w ratownictwie medycznym zasady dzielenia ludzi na tych, którym pomoc jest najbardziej potrzebna, aż do tych, którzy mogą na pomoc zaczekać. Zwane to jest zasadą TRIAGE (od francuskiego słowa segregacja, sortowanie)

Można tutaj, aby wyjaśnić sprawę, posłużyć się paroma przykładami.

W Australii system  Careflight Triage oparty jest na ocenie funkcji życiowych, możliwości samodzielnego poruszania się, tętna na tętnicy promieniowej, oddechu przy udrożnionych drogach oddechowych.

Jednym z najlepiej rozwiniętych krajów pod względem organizacji służb w przypadku zdarzeń masowych jest Izrael. Z racji sytuacji geopolitycznej oraz faktu, że państwo to jest narażone na różnego rodzaju ataki z każdej strony swojego kraju służby wypracowały świetny model współpracy na miejscu zdarzeń masowych, dopracowały triage. Ich system segregacji poszkodowanych oparty jest na nadawaniu priorytetów (kolorów), ze względu na stan poszkodowanych. Magen David Adom (organizacja zajmująca się ratownictwem medycznym w Izraelu) wypracowała  system, w którym segregację przeprowadza się dwuetapowo (w zależności od poziomu referencyjności pierwszego na miejscu zespołu).Uzupełniono system  dodatkowymi priorytetami ewakuacji.

W Polsce, co jest oczywiste, mamy także system dotyczącymi priorytetów w ratowaniu chorych. U nas funkcjonuje tak zwany  START (Simple Triage and Rapid Treatment – Prosta Selekcja i Szybka Pomoc) i jego wersja dziecięca  Jump START. Poszkodowani zostają oznaczeni poprzez nadanie odpowiedniego koloru (czerwony, żółty, zielony, czarny) w zależności od oceny stanu dokonanej na podstawie prostych parametrów: możliwość chodzenia, drożności dróg oddechowych, częstości oddechu, czas nawrotu kapilarnego lub obecność tętna na tętnicy promieniowej, stan świadomości.

Zasady triage stosuje się w sytuacjach, kiedy nie ma możliwości zabezpieczenia potrzeb dla wszystkich potrzebujących.  Tak się stało w e Włoszech, nie wystarczyło ani personelu, ani środków.

Podobne wytyczne dotyczące segregacji pacjentów otrzymali już lekarze w Wielkiej Brytanii. Zasady dotyczące przyjęcia pacjentów zakażonych koronawirusem na oddziały intensywnej terapii zostały ustalone przez Narodowy Instytut na rzecz Zdrowia i Opieki Zdrowotnej. 

Takie same procedury mogą zostać wprowadzone we Francji.

Lekarze we Francji, Włoszech, Hiszpanii porównują panującą sytuację do walki na froncie- jeśli więc taki stan faktycznie istnieje, to trzeba powiedzieć także o metodzie triage.

 

 

 

Wracam. OK booomer !!

Wydarzenia ostatnich paru miesięcy nasiliły tendencje, które gdzieś tam powoli rodziły się w Europie. Ostatnio, że względu na koronowirusa, który przede wszystkim atakuje i uśmierca ludzi starszych, tu i ówdzie pojawiają się głosy o naturalnym porządku rzeczy, o głosie natury, która zaczyna ów porządek regulować, czas zajmowania miejsca na ziemi, o „wirusie odmłodzicielu”. Tak więc z jednej strony w naszej Europie rozwija się  transhumanistyczne podejście do wykorzystywania osiągnięć techniki we współczesnej medycynie polegające między innymi na przedłużaniu życia ludzkiego w jak najlepszej kondycji, z drugiej zaś kumuluje niecierpliwość następnych pokoleń w oczekiwaniu na prestiżowe miejsca. Starsze pokolenie jest oskarżane przez młodych między innymi o zaniedbania i bezczynność w sprawach klimatu etc.,etc I chyba nigdy tak szybko, jak teraz nie upadają autorytety. Nie ma zapotrzebowania  na mistrzów  .

W Nowej Zelandii  25 letnia parlamentarzystka z Partii Zielonych w czasie debaty o zielonej transformacji oskarżając polityków o za bezczynność użyła wobec posła opozycji, który chciał jej przerwać  wystąpienie – słów „OK, boomer”. To określenie , dość popularne wśród młodych ludzi, znaczy mniej więcej „spadaj dziadu”

Przychodzi więc czas próby. A z nim wiele pytań, które nie mamy odwagi wypowiedzieć. Czytam dyskusje, ale nie tylko w polskich mediach społecznościowych, ale i w paru innych. Media te mają możliwość wygłaszania teorii wykraczających poza polityczna poprawność. Po prostu pisze się, co się myśli. Śledzenie społecznościowych mediów może przynieść wiele zaskoczeń, ale także i poznanie tendencji , pretensji , strachu, nadziei.

Pojawia się mniej lub bardzie zakamuflowany  ageizm, czyli dyskryminacja ze względu na wiek. Istnieją koncepcje, że to następny , obok rasizmu i seksizmu problem, z którym powinny sobie poradzić społeczeństwa. Ageizm jest irracjonalnym uprzedzeniem w stosunku do ludzi starszych.

Dyskryminacja ze względu na wiek jest w Polsce nadal tematem nowym i nierozpoznanym, pomimo swego znaczenia  społecznego. Należy bowiem zwrócić szczególną uwagę na zmiany demograficzne, w tym zwłaszcza rosnącą liczbę osób starszych w populacji i wydłużanie się fazy starości (co należy z jednej strony wiązać ze stale rosnącą średnią długością życia; z drugiej zaś z tym, że zmiany cywilizacyjne sprawiły, że granica starości pojmowanej jako stan fizycznej i umysłowej niesprawności, wyraźnie przesunęła się w czasie). Już obecnie 13,5% ludności naszego kraju przekroczyło 65.rok życia, zaś w perspektywie najbliższych dwóch dekad – wraz z dochodzeniem powojennego wyżu demograficznego do tej cezury wieku – spodziewać się należy szybkiego wzrostu liczby i udziału seniorów (dla roku 2030 szacuje się, iż ich liczba będzie wyższa w porównaniu z rokiem 2007 o 3,4 mln osób, zaś udział osiągnie 23,8%; w roku 2060 – już 36,2%).

W ramach ustawodawstwa Unii Europejskiej wiek jest traktowany jako jedno z kryteriów dyskryminacji. Stanowi o tym „Dyrektywa UE nr 2000/78/WE” ustanawiająca ogólne warunki równego traktowania ludzi w sferze stosunków pracy. Wśród zabronionych kryteriów zróżnicowanego traktowania wymienia między innymi właśnie wiek. Prawo Unii Europejskiej zabrania dyskryminacji bezpośredniej ze względu na wiek, czyli praktyk dyskryminacyjnych wprost odwołujących się do kryterium wieku. Oznacza to sytuację, w której określona osoba ze względu na swój wiek jest traktowana mniej przychylnie niż jest, była lub byłaby traktowana inna osoba w porównywalnej sytuacji. Zabroniona jest także dyskryminacja pośrednia – ukryta, tzn. taka, w której stosowane jest pozornie neutralne kryterium, które jednak prowadzi do niekorzystnej sytuacji dla osób o określonym wieku. Prawo polskie zakazuje wszelkiej dyskryminacji, również tej z uwagi na wiek. Przykładami dyskryminacji będą: odmowa zatrudnienia z uwagi na wiek, zwolnienie z pracy z tego powodu, obniżenie wynagrodzenia, pominięcie przy awansach, podwyżkach czy szkoleniach. Dyskryminacją będzie również samo zawarcie w ogłoszeniu o pracę informacji, iż poszukuje się pracownika w wieku np. do 40 roku życia..

W ciągu paru ostatnich tygodni miała miejsce w mediach społecznościowych dyskusja w stylu „OK boomer”. Podjęto temat sposobu przeprowadzenia obrad Rady Miasta Krakowa. Okazało się, że 12 osób z 43 –osobowej rady odmówiło możliwości brania udziału w obradach on-line. Wzbudziło to długą i dość agresywną dyskusję. „Niemożliwe jest” – pisali młodzi ludzie, aby ktoś nie posługiwał się biegle internetem, a jeśli tak jest – to powinien ustąpić miejsca tym, którzy to potrafią. (czytaj młodym)  Nie trafiały żadne argumenty, że tak naprawdę nie jest to najważniejsza  umiejętność w życiu, że można używać komputera, ale mniej biegle etc. Nawet mój żart , kiedy powiedziałam , że na bezludnej wyspie, gdzie nie byłoby zasięgu do stacji telefonii  komórkowej i rootera  bardziej przydatne byłyby inne umiejętności – nie doprowadził do obniżenia temperatury dyskusji.

I nagle , tuz po tej dyskusji, pojawił się nowy wiceminister finansów 29-letni prawnik Piotr Patkowski i , nazwany przez premiera Morawieckiego „wschodzącą gwiazdą polskiej gospodarki”. Pan minister Patkowski powiedział, że reprezentuje nurt zwany „współczującym konserwatyzmem”(czyli „silne przywiązanie do tradycji, patriotyzmu, ale też państwa opiekuńczego, które nie zostawia obywateli samych sobie, ale ich wspiera i każdemu pomaga osiągnąć równie szanse”). Patkowski to absolwent prawa na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Był stażystą, a następnie współpracownikiem Instytutu Sobieskiego. Pełnił również funkcję wiceprzewodniczącego Rady Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Wykształcenia ekonomicznego jednak nie posiada, ale zapewne jest bardzo biegły w obsługiwaniu komputera. Odezwały się zaniepokojone głosy ze świata biznesu (i nie tylko stamtąd). Niedowierzanie spowodowane tym, ze wiek młodego człowieka to przede wszystkim brak doświadczenia. „Nie oddałbym mu własnych pieniędzy, ponieważ wiedza książkowa, której zresztą także nie posiada, z racji nieukończonych studiów, nie byłaby gwarancją, że dobrze je zainwestuje” takie opinie się pojawiały. Tak więc wymagano życiowego doświadczenia. I w dalszym ciągu nominacja ministerialna wzbudza zdziwienie.

Wyżej napisałam o formalnym podejściu do spraw wieku osób i ich szans na zatrudnienie. Innym problemem jest sprawa świadomości, ponieważ ageizm to postawa zawierająca w sobie negatywne, stereotypowe nastawienie do osób starszych. Dzieje się tak, że społeczeństwa najbardziej cywilizowanych krajów świata odwracają się od tradycji doceniania  wartości doświadczeń ludzi starszych. Świat przewartościował wiek, który stał się balastem, a nie kumulacją mądrości. A jednak nie mamy wyjścia. Musimy docenić możliwości ludzi starszych między innymi i z tego powodu, że coraz wyraźniejsze stają się problemy demograficzne, a ludzie żyją coraz dłużej. Może więc, z czasem, także po pandemii, powróci szacunek dla dojrzałości, a młodość stanie się nie stanem permanentnym i obowiązującym, ale przejściowym, jak to kiedyś bywało.

Erasmus dla seniorów.

Moja znajoma wyjeżdża na Erasmusa, czyli na stypendium, które dotychczas kojarzyło się mnie i zapewne bardzo wielu osobom z podróżami młodzieży studiującej. Wyjeżdżają studenci, a moja znajoma już do tego pokolenia nie należy .Nieco się zdziwiłam, a następnie zainteresowałam sprawą.

Okazało się , że w 2012 roku Ogólnopolska Federacja Uniwersytetów Trzeciego Wieku po zapoznaniu się z prezentacją Programu “Erasmus dla wszystkich” w kształcie zaproponowanym przez Komisję Europejską stwierdziła, że w dalszym ciągu są osoby starsze marginalizowane i należałoby nieco pozmieniać w dokumentach unijnych. Czytaj dalej Erasmus dla seniorów.